Na to spotkanie Magicy wyszli składem: Vucević, Nicholson, Harkless, Redick, Moore. JJ był najstarszym graczem z s5, ma więcej lat gry w NBA niż łącznie pozostała czwórka graczy Orlando. Nasz słaby ball movement i problemy na deskach sprawiły, że gospodarze szybko uzyskali przewagę i mogli spokojnie kontrolować przebieg meczu. Pierwsze 12 minut zakończyło się wynikiem 22-31 i mimo, że była to dopiero 1. kwarta można było zacząć myśleć o 9. porażce z rzędu. Ekipa z O-Town trafiła tylko 9/26 (39%), ale wszystkie były asystowane. Bucks z kolei trafili 13 z 25 rzutów, zaliczyli 16 zb (5 off) i dodali do tego 3 blk. Sanders miał prawie double-double w 12 min – 8 pkt, 8 zb.
W drugiej ćwiartce Magicy zaczęli więcej i lepiej dzielić się piłką, przez co nasza gra stała się przyjemniejsza dla oka, a co najważniejsze zaczęliśmy odrabiać straty. Dużo lepiej od Moore’a radził sobie nasz rezerwowy rozgrywający Ish Smith, który częściej i w lepszych pozycjach do rzutu znajdował swoich kolegów z drużyny (po niespełna 14 minutach miał 6 asyst). Pod nieobecność Nelsona, Davisa i Afflalo (trzech najlepiej punktujących ekipy Orlando) swojej okazji do zaliczenia solidnego występu punktowego nie wykorzystywał póki co JJ Redick (przez 17 min 2/7 z gry) mający na swoim koncie tylko 6 oczek. Podopiecznym trenera Vaughna brakowało doświadczenia i boiskowego cwaniactwa, ale wszystko nadrabiali zaangażowaniem co przełożyło się na przyzwoitą grę. Cała kwarta wygrana przez przyjezdnych 26-21 i do "Kozłów" po 24 minutach traciliśmy tylko 4 punkty (48-52). Najlepszym Magikiem do przerwy był rookie Moe Harkless – 11 pkt, 5 zb, 2 stl. W ekipie trenera Boylana najlepiej spisywał się Ilyasova (11 pkt, 3 zb , 2 ast).
Kilka dobrych decyzji rzutowych w połączeniu ze skutecznością sprawiły, że nasi ulubieńcy już po kilku minutach 3q wyszli na prowadzanie (55-54). Niestety od połowy kwarty w grze Orlando coś się zacięło… piłka przestała wpadać do kosza gospodarzy, a ci z kolei zaliczyli run 17-4 i mieliśmy kłopoty w postaci 12 pkt do odrobienia (65-77). Do końca odsłony Magicy zdobyli podobnie jak Bucks 2 pkt i przed decydującą odsłoną przegrywaliśmy 67-79.
Pomimo problemów na początku decydującej kwarty (67-82) gracze z O-Town obudzili się i dzięki walce na tablicach oraz skuteczności w pomalowanym wrócili do meczu na 6 min przed końcem (80-87), by za chwilę ponownie w tym meczu nie być (80-94). Zaciętej końcówki nie było chociaż Magicy faulowali celowo by mieć jeszcze czego szukać w tym spotkaniu, ale nie przyniosło to zamierzonych rezultatów – Magic 98@107 Bucks.
Magicy zagrali dobre spotkanie, co na pewno dało się zauważyć, a to że zabrakło konsekwencji i umiejętności to już oddzielna historia. Monta Ellis – 21 pkt i 11 ast, Jennings 20 pkt, 5 ast. Larry Sanders 17 pkt, 13 zb, 6 blk. To ta trójka graczy w największym stopniu przyczyniła się do zwycięstwa Milwaukee. "Dzisiejsza gra w obronie Ellisa przeciwko Redickowi była tak dobra jak przez cały rok. Od początku Monta był skupiony na defensywie. Kiedy będzie grał tak skoncentrowany to może kryć po prostu każdego i dzisiaj wykonał świetną robotę na JJ’u." - trener Bucks na temat obrony Ellisa, który zatrzymał Redicka na 5/16 z gry.
Magicy wygrali zbiórki (54-52), mieli więcej punktów w pomalowanym (56-50), ale to nie uchroniło ich przed porażką, ponieważ słabo wykonywali rzuty osobiste (11/22) i byli zimni na dystansie (5/19). Na dodatek nasz podstawowy backcourt (Redick, Moore) miał razem 8/30 z gry, co dało marne 26.7%...
Young Gunz:
Nicholson po raz drugi wyszedł w s5 od czasu kontuzji Davisa i trafił wszystkie swoje 3 rzuty z gry. Spędził na parkiecie tylko 10 minut, ale w tym czasie nie zanotował żadnej zbiórki, a dodatkowo miał 4 faule i 3 straty.
Harkless chyba na stałe już przebił się do podstawowego składu, ale jeszcze musimy poczekać jak będzie gdy wróci Afflalo. Moe przebywał wczoraj aż 42 minuty na parkiecie i w tym czasie trafił 7 z 16 rzutów, na free throw line stawał 9 razy, ale tylko 5 razy piłka znalazła drogę do kosza. 14 zbiórek (6 ofensywnych), 4 przechwyty czyli krótko mówiąc najlepszy mecz Moe w dotychczasowej karierze. Z w/w oprócz celnych rzutów z gry cała reszta to jego carrer-highs.
Vucević zanotował kolejne double-double, tym razem 20 pkt + 12 zb i był bardzo skuteczny w meczu (10/16 z gry). Rozdał 6 asyst, co jest jego carrer-high.
Moore z kolei zagrał bardzo słabo, trafił tylko 3/14 z gry, co prawda zebrał 7 piłek i rozdał 6 asysty, ale był na parkiecie o 10 minut dłużej niż Smith. Łącznie miał 7 punktów, ale popełnił też 4 straty.
DeQuan Jones w 19 minut zanotował 8 pkt i 4 zb, a w tym czasie Magic byli z nim na parkiecie +8.
Ish Smith co prawda trafił tylko 2 z 7 rzutów, ale rozdał 6 asysty i popełnił tylko 1 stratę w ciągu prawie 24 minut. Niestety Magic byli –16 gdy grał, więc łącznie z Moorem (-13) nie pomogli odrabiać strat.
Okazję do pokazania się z dobrej strony dostał też Kyle O’Quinn i dobrze się spisał – 9 pkt, 3 zb w niespełna 12 minut.
Kolejny mecz Orlando Magic rozegrają w Philadelphii gdzie podejmowani będą przez 76ers. Mecz w nocy z poniedziałku na wtorek, a zapowiedź tego spotkania niebawem.
WE WILL.
Autor:
redzik | Data dodania: 03.02.2013, 19:21
Swietna relacja!Nic dodac nic ujac,a indywidualne podsumowanie "naszych magicznych mlodzikow"to jest moim zdaniem strzal w dyche....
Autor: LaBlacheOne | Data dodania: 03.02.2013, 20:53
Racja skrzatos. Pomysł, aby na końcu podawać osiągnięcia nowych jest strzałem w 10. W końcu ONI będą stanowili o przyszłości naszej drużyny.
Jak na razie ich gra, z wyjątkiem Vucevica, to jedna wielka przeplatanka. Ale każda sprawa czy rzecz, kiedyś, musi się w końcu określić. I mam nadzieję, że będziemy świadkami, określenia na plus, czyli dobrej, stabilnej, mądrej, zespołowej gry w koszykówkę.
Semper fidelis Orlando.