Dokładnie dzień po tym, gdy na ligowe parkiety powrócił Glen Davis, doczekaliśmy się kolejnej pozytywnej informacji, kolejnego powrotu. Tym razem na liście zawodników aktywnych pojawił się Tobias Harris, a więc oznaczało to, że skrzydłowy zaleczył już kontuzje kostki, jakiej nabawił się w okresie przedsezonowym i jest gotów, by stanąć do rywalizacji na najwyższym poziomie.
Obie ekipy rozpoczęły pojedynek z dużym animuszem i skuteczną grą w ataku. Wynik meczu otworzył Nikola Vucevic, który popisał się bardzo dobrą akcją w post up, a chwilę później dołożył kolejne punkty na półdystansie. Suns z kolei raz za razem dziurawili siatkę trafiając zza łuku, szybko wypracowali sobie 6-punktową przewagę, a Jacque Vaughn poprosił o czas. Po przerwie obraz gry niewiele się zmienił, Słońca z minuty na minutę budowały swoją przewagę. Na 90 sekund przed końcem kwarty na parkiecie pojawił się wspomniany już Harris. Skrzydłowy swój dorobek punktowy w sezonie 2013/14 otworzył stosunkowo szybko: ładnie ściął w stronę kosza, a tam dopatrzył go Glen Davis. W tym miejscu warto zauważyć, że Harris i Davis po raz pierwszy w historii grali ze sobą na parkiecie - do tej pory na przeszkodzie ku temu stanęły urazy obu koszykarzy. Ostatecznie dzięki ambitnej postawie i czterem punktom Marcusa Morrisa w samej końcówce, Suns zwyciężyli pierwszą kwartę wynikiem 31:21.
Na początku drugiej odsłony Glen Davis widowiskowym blokiem zatrzymał Milesa Plumlee i mogłoby się wydawać, że będzie to impuls do odrabiania strat. Tak się niestety nie stało - dwie minuty później coach Vaughn poprosił o jeszcze jedną przerwę na żądanie. Przerwa dobrze wpłynęła szczególnie na Andrew Nicholsona, który zdobył osiem punktów z rzędu, samodzielnie przyczynił się do niemal całkowitego dogonienia gości. Wyniku na styku nie udało się jednak utrzymać, Suns szybko odpowiedzieli serialem 6:0, natomiast rezultat po 24 minutach celną próbą z dystansu ustalił P. J. Tucker.
Po pierwszej połowie Phoenix Suns prowadzili z Orlando Magic 53:44. Rywale z Arizony taki obrót spraw mogli zawdzięczać wysokiej skuteczności z gry (46.0%), a przede wszystkim sześciu trafionym rzutom za trzy (przy tylko trzech skutecznych próbach Magic).
Wydawało się, że tak dobra dyspozycja rzutowa przyjezdnych nie może utrzymać się przez całe spotkanie. A tu proszę - koszykarze Suns trafiali niemal z każdej czystej pozycji, trafiali z pozycji trudnych, przez ręce, zaliczali akcje 2+1, z kolei nasi ulubieńcy popełniali liczne straty, co kończyło się choćby efektownymi dunkami Geralda Greena. Przez sześć minut trzeciej ćwiartki przewaga gości ciągle utrzymywała się w granicach 8-10 punktów. Raz jeszcze postanowił interweniować Jacque Vaughn. Krótka przerwa pozytywnie wpłynęła na jego podopiecznych: cztery kolejne punkty dołożył Vucevic, natomiast Afflalo wykorzystał trzy rzuty osobiste za faul przy próbie dystansowej. Po raz kolejny radość z prawie zupełnie odrobionych strat nie trwała długo. Rywale wykorzystali niecelny rzut za trzy Victora Oladipo, a także jego nieprzemyślany wjazd pod kosz. Końcowe fragmenty tej odsłony nie przyniosły znaczących zmian, w związku z czym Magic przystępowali do decydującej batalii ze stratą ośmiu punktów.
Początek ostatniej kwarty zdecydowanie należał do Suns, którzy w pewnym momencie wyszli na 14-punktowe prowadzenie. Gospodarze nie zamierzali wywieszać białej flagi, o czym świadczył kolejny serial punktowy 9:0. Kilka chwil później z czystej pozycji za trzy trafił Nicholson, co zapowiadało wielkie emocje w końcówce. Nic z tych rzeczy. Magic kolejny raz w tym meczu już witali się z gąską, po czym ta znów uciekała. Dwa trudne rzuty zdołał zmieścić w koszu Frye, nieprawdopodobną trójkę odpalił Goran Dragić i pewne było już, że Słońca wywiozą zwycięstwo z Florydy. Końcowy wynik wsadem ustalił Afflalo. Ekipa z O-Town ostatecznie poległa 96:104.
Na wyróżnienie w szeregach koszykarzy z Orlando zasługuje głównie dwójka wysokich: Nik Vucevic oraz Andrew Nicholson. Ten pierwszy zaliczył kolejne w swojej karierze double-double: 20 punktów i 10 zbiórek, natomiast skrzydłowy zapisał na swoim koncie 19 pkt., 8 zb. Oprócz nich, jeszcze tylko dwóch graczy zanotowało dwucyfrową zdobycz punktową: Arron Afflalo - 16 oraz Jameer Nelson - 15.
Nie podlega wątpliwościom, że Suns tryumfowali jak najbardziej zasłużenie, choć przez całe 48 minut towarzyszyło im spore szczęście, jeśli chodzi o rzuty z wielu trudnych pozycji. Gości do siódmego w tym sezonie zwycięstwa poprowadził Goran Dragic. Słoweński play-maker zakończył mecz z 23 punktami i 13 asystami. O trzy punkty mniej od niego zdobył Gerald Green. Ciekawostką jest, że w całym spotkaniu Słońca oddały tylko trzy rzuty osobiste (jeden okazał się celny). Dla porównania, Magic meldowali się na linii rzutów wolnych 14-krotnie i trafili 12 razy za jeden punkt.
Przed podopiecznymi Jacque'a Vaughna krótki odpoczynek. W swoim kolejnym meczu Magic gościć będą w Atlancie. Nastąpi to w nocy z wtorku na środę czasu polskiego.