Przy niespełna 13 tysięcznej widowni gospodarze tego meczu mogli cieszyć się z kolejnego zwycięstwa. Dla Wizards był to 5. z rzędu wygrany mecz na własnym parkiecie, a ogólnie wygrali aż 7 z ostatnich 9 meczy.
"Czarodzieje" rozpoczęli spotkanie od prowadzenia 15-2, ale z biegiem czasu nasi ulubieńcy niwelowali straty z początkowych minut. Ponadto na koniec pierwszej kwarty udało nam się doprowadzić do remisu (22-22), a na początku kolejnej wyszliśmy nawet na 5-punktowe prowadzenie (największe w meczu), niestety Wizards do przerwy zdążyli odrobić straty, co więcej uzyskali aż o 11 oczek więcej niż gracze trenera Vaughna (41-52)...
Jak się później okazało ekipa z Waszyngtonu nie oddała już tego prowadzenia, spokojnie kontrolując przebieg wydarzeń na parkiecie. Magicy nie wygrali żadnej kwarty w tym meczu, więc nic dziwnego, że nie do szatni schodzili jako pokonani.
Nasi ulubieńcy słabo rzucali zza łuku (3/15), w dodatku żaden z graczy s5 nie trafił za 3 punkty. Nasz frontcourt trafił tylko 6 z 19 rzutów (12 pkt) oraz zebrał łącznie 10 zbiórek. Dobrze spisali się jedynie Afflalo - 21 pkt, 5 zb oraz z ławki - Moe Harkless 16 pkt, 4 zb, 2 stl, 2 blk.
W szeregach Wizards na świetnej skuteczności zagrał Ariza (8/9 FG)- 24 pkt, 6 zb, a double-double miał John Wall - 16 pkt, 13 ast.
Dla Magic było to 11. przegrane spotkanie w tym sezonie, a 6. w ostatnich 10 meczach.
Kolejny mecz już dziś w nocy przeciwko Sixers.