@ Denver 90:93Ten mecz nie przyciągnął tłumów do Pepsi Center (około 13.5 tys. kibiców) i słusznie, bo stał na bardzo niskim poziomie. Magic byli nieskuteczni – 39.8% z gry, w tym 36% zza łuku, a gospodarze z kolei tracili często piłkę (21 turnovers). Nuggets byli jednak w stanie wygrać pomimo tego, że oddali o 14 rzutów mniej, a kluczem do zwycięstwa były wizyty na linii (20/26). Jeszcze do przerwy gracze z Kolorado, nie tyle co byli dobrze bronieni, a po prostu pudłowali swoje rzuty (38% z gry, 36% za 3), nasi ulubieńcy przez pierwsze 24 minuty też rzadko umieszczali piłkę w koszu (2/9 za 3, 36% ogółem), ale wynik nie był wcale taki zły jak gra (39:40). Po przerwie inicjatywę przejęli rywale Magic i wydawać by się mogło, że już jest po meczu, jednak tak się nie stało. Goście odpowiedzieli runem 7-0 i ponownie wynik oscylował w granicach remisu, ale niestety nie udało się pójść za ciosem i wygrać. W ostatniej minucie dzięki dwóm celnym trójkom Nicholsona (Andrew is back!) mieliśmy jeszcze nadzieję, ale przy trzypunktowej stracie i około 20 sekundach do końca nasz trener nie wziął czasu i pozwolił zawodnikom Magic na improwizację (jakby w naszym ataku było jej zbyt mało…). Rzut zza łuku Fournira ledwo dotknął obręczy i kolejna porażka w Regular Season stała się faktem.
@ Lakers 84:101Mecz z Los Angeles był jeszcze gorszy… naprawdę. "Jeziorowcy" pomimo braku Bryanta zagrali jak na swoje możliwości bardzo przyzwoicie i w pełni zasłużyli na wygraną przy komplecie publiczności. Już od początku gracze trenera Scotta narzucili swój rytm, trafiali za 3, z półdystansu oraz spod kosza, a nasi gracze nie potrafili (nie chcieli?) im przeszkodzić. W naszej grze brakowało wszystkiego, począwszy od dobrze zorganizowanej obrony do zgranego i pomysłowego ataku. Oladipo podobnie jak z Denver robił co mógł, ale sam Victor to było za mało, nawet na Lakers. Double-double uzyskał Nik Vucević (14/11), ale on gra jakieś dziwne minuty w tym sezonie… raz około 20, innym razem z kolei 35 i więcej, czasem koło 30. Wygląda to trochę tak jakby trener nie wiedział, czego może od niego oczekiwać, a jeśli tylko nie ma go na boisku to rywale niszczą nas na tablicach. 18,997 kibiców skandowało "we want tacos", a Jeremy Lin na 25 sekund uczynił to co, o co prosili go fani. Trafiając za trzy przekroczył granicę 100 pkt drużyny (101) i wszyscy kibice Lakers po meczu dostali swoje tacos…
@ Blazers 92:103Początek meczu w Portland nasi gracze zaczęli od szukania Vucevica w post-up oraz atakowaniem do obręczy przez Oladipo. Ten pierwszy sposób w miarę przynosił efekty, ale drugi był nieskuteczny, bo Victor przypominał siebie z rookie year, kiedy to raz za razem był blokowany pod koszem. Gospodarze rozbijali nas trójkami, a jeśli już ich nie trafiali to zbierali piłkę na atakowanej desce mając szansę na ponowienie akcji. Szybko osiągnęli dwucyfrowe prowadzenie i znowu zanosiło się na mecz bez walki… Zawodnicy Blazers chyba się rozkojarzyli mając wysoką przewagę nad rywalami i nagle podopieczni trenera Vaughna zaczęli zmniejszać straty, najpierw do 15, później do 10, aż na przerwę schodzili tylko z 5 pkt mniej niż przeciwnicy. Na 3q. goście z Florydy wyszli skoncentrowani, walczyli o każdą piłkę, w ataku przyspieszyli tempo i o wiele lepiej się ich oglądało. Krótko mówiąc zrobił nam się mecz w Moda Center. Spotkanie przez pewien moment wyglądało jak walka dwóch bokserów wagi średniej – cios za cios i to większość szybkich oraz celnych. W decydujących momentach zabrakło umiejętności i bardziej złożonych akcji w ataku, co wykorzystali dobrze czujący się w crunch-time gospodarze. Przegraliśmy, ale wstydu nie było. Pochwalić możemy z pewnością Vucevica, który w końcu wziął grę na siebie (koledzy chętnie mu podawali do post-up) i ustanowił rekord kariery w zdobytych punktach. 34 pkt z 23 rzutów (4/6 FT, wciąż za rzadko dostaje się na linię) i 16 zbiórek to bardzo dobre statystyki. Tym razem słabiej zagrał Oladipo (6/21 z gry, 0/6 za 3), który miał 18 pkt, 8 zb, 4 ast, a beznadziejnie po raz kolejny Frye – 1/10 z gry – 3 pkt. W podstawowym składzie po raz pierwszy w karierze wyszedł Marble i co ciekawe zanotował aż 5 przechwytów (25 min), oprócz tego trafił 3 z 6 rzutów (6 pkt), dodając do tego 3 zbiórki i 2 asysty. Porażka wciąż jest porażką, ale nie musimy wstydzić się postawy naszych zawodników po takim meczu.
Zapowiedź tygodnia:
"... a może być jeszcze gorzej"Co przed nami? Nic dobrego… Po krótkiej wycieczce po Zachodzie wracamy na Wschód. W poniedziałek naszym rywalem w United Center będą Bulls, którzy grają ostatnio w kratkę. Dużo zawodników opuszcza mecze, trener nie może wykorzystać rotacji w 100%, ale mimo tego to i tak czołówka Konferencji Wschodniej. Gasol odżył w Chicago i gra najlepszą koszykówkę od 2-3 lat, Butler kontynuuje marsz po maksymalny kontrakt, a Rose miewa przebłyski i jakoś to się Bykom układa.
Następnie wracamy do domu (4-12 w Amway Center) i gościć będziemy w środową noc ekipę Rockets z duetem Howard/Harden na czele. Będzie buczenie za każdym razem kiedy DH12 będzie miał piłkę w rękach, ale może tym razem Howard zaliczy słabszy występ niż poprzednio (39 pkt, 25/39 FT, 16 zb).

Naszym kolejnym rywalem będzie drużyna Memphis Grizzlies, która w tym sezonie radzi sobie znakomicie. Ich podkoszowi (Marc Gasol/Randolph) mogą narobić nam wiele problemów, a Elfrid Payton nie będzie miał łatwego zadania kryjąc rozgrywającego Mike’a Conley’a. Wiecie kto jeszcze wraca w tym tygodniu do Orlando?
