And the winner is..... Golden State Warriors! Wojownicy od początku sezonu byli jednymi z głównych faworytów tegorocznych rozgrywek. Zwycięstwo w sezonie zasadniczym z bilansem 67-15 rzuciło blask wszystkich reflektorów na drużynę z Oakland. Cel był jasny, wygrać ligę. Ich rywale z Cleveland prezentowali się o wiele gorzej. Nie wygrali rywalizacji na wschodzie w Regular Season, a do roboty wzięli się dopiero w drugiej połowie sezonu. W Playoffach wszystko odwróciło się do góry nogami. Cavs miażdżyli wszystkich rywali, a ze szczególnym okrucieństwem odprawili do domu Atlantę, która była głównym faworytem do zajęcia miejsca w finale.
Oliwa zawsze sprawiedliwa – mawia dawne porzekadło. Jakże pięknie sprawdziło się to w przypadku Cleveland. Nie chcę nikogo urazić, ale ta drużyna dostała wszystko w prezencie. Nie chcę już spekulować o tych trzech pickach, z których został sam Irving. Chodzi o to, że gdyby LeBron nie odszedł wtedy kiedy odszedł, a być może kilka lat później, to Cavs byliby w takiej sytuacji, jak Magic dzisiaj. LeBron wrócił, a to co dostali Cavs zostało. Trade w którym pozyskali Kevina Love’a od początku wydawał się być ryzykownym zagraniem. Na początku sezonu kontuzjowanego Varejao zastąpił Mozgov, a w kluczowym momencie odpadli Irving i Love. Został więc sam LeBron. Kobe całą karierę marzył o takim momencie, gdzie sam mógłby poprowadzić resztę po mistrzostwo. Niestety King James, nie dał rady i skończyło się na bolesnej porażce.
W przypadku Golden State Warriors sprawa ma się zupełnie odwrotnie. Bez pierwszego picku, bez szumu, bez spekulacji, powoli pracowali na wspólny sukces. Jednym słowem: Drużyna. Co prawda można powiedzieć, że gdyby nie Stephen Curry to nie byłoby tego show, który stworzył ze swoim SplashBrotherem Klay’em Thompsonem. Spójrzmy jednak na zaplecze SplashBrothersów i na samą ławkę Wojowników, tam nie ma nikogo, kto urwałby się z choinki. Odpowiedni ludzie na odpowiednim miejscu.

Iguodala MVP!!! Nie Curry, nie Thompson, ani nie Green. To właśnie Andre Iguodala, wieczny rezerwowy został MVP. Aż ciśnie się na usta stwierdzenie: "Wreszcie docenili murzyńską robotę". Prawda jest taka, że gdy Curry celebrował trójeczki, Iguodala już bronił swojego kosza, a gdy trzeba było, ruszał do ataku z niebywałą pewnością. I to właśnie on robił wszystko, by wykorzystać każdą minutę spędzoną na boisku i robił to, czego nie widać na statystykach. Uważam, że jak najbardziej zasłużył na nagrodę MVP.

Don’t Cry LeBron. Oto człowiek który zasługuję na wielkie słowa uznania – LeBron James. To co wyczyniał na boisku, aby utrzymać Cleveland w grze, można porównać do wyczynów MJ’a i innych gwiazd NBA. Cóż powiedzieć, rozgrywający, skrzydłowy i center w jednym. LeBron grał za całą drużynę i to grał naprawdę rewelacyjnie.