Zaczniemy od najgorszego meczu, by zakończyć najlepszym czyli dokładnie tak jak Magic grali w tym minionym już tygodniu. Jutro już poniedziałek i znowu "huta" albo szkoła, ale nie przejmuj się, szybko zleci, możesz już powoli sprzątać swój pokój na święta.
Magic @ Cavaliers 103-117
Nie będę kłamał, usnąłem podczas trzeciej kwarty… ale takie skutki pracy na drugiej zmianie i kładzeniu się do łóżka (jak do snu), by na TV (dzięki za możliwość oglądania ILP na PS3 jako Amerykanin mieszkający w Orlando… Europa taka zacofana) obejrzeć mecz w nadziei, że tym razem nie zasnę. Nic się takiego nie stało, kto w poniedziałki ogląda Magic? Spoko, jak będzie mecz PlayOffs w poniedziałkową noc to shoutbox będzie się jeszcze palił. Ale dziś nie o tym… Skupmy się na tym co wydarzyło się w Quicken Loans Arena, bo póki co napisałem kilka linijek o niczym i chyba całkiem dobrze mi idzie (albo tak mi się wydaje).
Jak Magic zagrali z ekipą Kevina Love’a? tzn… LeBrona Jamesa oczywiście, ale wiecie potrafią zmylić te 34 punkty Kevina, który rzucił nam 6 trójek (27 z 34 pkt w meczu w pierwszej połowie) w meczu. Spotkanie było pod kontrolą gospodarzy i nie mamy co się dziwić, bo to nie czas kiedy będziemy rozbijać najlepsze ekipy w tej słabszej (ale nie już tak wyraźnie) konferencji. 4-15 po niespełna 5 minutach i można było pomyśleć "no to już..", ale gracze z O-Town nie poddali się, zaliczyli lepszy moment gry przed końcem pierwszej i z początkiem drugiej kwarty, kiedy to wyszli nawet na prowadzenie 48-38. Niestety na przerwę schodziliśmy już z 4-punktową stratą (55-59) i później nie było wcale lepiej… bo gospodarze konsekwentnie nas rozbijali zza łuku. 20562 fanów było zadowolonych (no może z wyjątkiem tych kilku, którzy kibicowali Magic), bo 18/35 za 3 to serio dobry wynik, ale Scott Skiles nie był zadowolony ze swoich graczy, szczerze mówiąc
wkurwił się i zapowiedział zmiany w pierwszej piątce. Trzecią odsłonę przegraliśmy aż 21-33 i nie mieliśmy czego szukać w ostatniej kwarcie. Czy ktoś zagrał dobrze z Magików? Najmniej w rubryce "+/-" na minusie był Oladipo (-15), a najwięcej punktów zdobył do niedawna tylko zbijacz piątek Nicholson – 18 pkt w 24 minuty i aż 8 zbiórek Andrzeja to całkiem dobry wynik. Sekunda dla zwycięzców – Love 34 pkt (6/9 za 3), 15 pkt i 13 ast LeBrona oraz 26 pkt wiecznie żywego J.R. Smitha.

Magic vs Knicks 100-91
Skiles jak mówił tak zrobił, ale szczerze nie spodziewałem się, że to właśnie Victor będzie wchodził z ławki, no ale decyzje zostawmy trenerowi i rozliczajmy go za wyniki. Póki co tym meczem się obronił. Pod nieobecność w piątce Oladipo, nasz 4-letni 64 milionowy jeszcze nie do końca oszlifowany diament Harris brał więcej gry na siebie dostając się pod kosz gdzie zdobywał punkty lub był faulowany i wędrował na linię rzutów osobistych. Dobrze się stało, że Anthony złapał dwa faule i nie mógł tak szybko stać się "hot" jak to zrobił później, gdy na szczęście już w miarę bezpiecznie prowadziliśmy. Payton w obronie był na wakacjach, ponieważ totalnie lekceważył Calderona, który trafiał swoje rzuty (8/14, 23 pkt), a reszta kolegów Elfrida nie wyróżniała się jakoś specjalnie po bronionej stronie parkietu. Nasi ulubieńcy nie mogli odskoczyć z wynikiem, ponieważ mało prób oddawali zza łuku (0/2) ale gra w paint była na plus, więc źle nie było, bo na dodatek ratowaliśmy się zbiórkami w ataku (7). Wszyscy zastanawialiśmy się jak w mecz wejdzie nasz nowy 6th man Oladipo, a ten zaprezentował się bardzo dobrze. W ataku wjeżdżał pod kosz tak jak to od niego oczekujemy na co dzień, a w obronie był bardzo aktywny i Magic przeprowadzili run 17-4, co dało im prowadzenie 28-17 po dwóch minutach drugiej kwarty. Fajną sprawą były mądre decyzje rzutowe naszych graczy, na spokojnie, bez pośpiechu szukali jak najlepszego rzutu. Po powrocie na parkiet Melo zaczął punktować, ale póki co nadal mieliśmy mecz pod kontrolą, choć Evan zagubił gdzieś swój rzut i brakowało nam jego punktów. Wciąż agresywna obrona oraz celne jump-shoty łysiejącego Jasona Smitha (jego piękne stylowo i zarazem skuteczne rzuty to jedna z cichych historii sezonu Orlando) utrzymywały nas ciągle na prowadzeniu. Po 24 minutach było 46-35 dla naszych ulubieńców.
Po zmianie stron Magicy kontrolowali zbiórki na własnej tablicy, nadal utrzymywali przewagę, a mądrym ruchem Skilesa było posłanie w obronie Gorodna na Anthony’ego. Co prawda Aaron dużo fauluje i jest zbyt agresywny we wczesnej fazie obrony to i tak serio można być zadowolonym z jego gry na Melo. W końcu swój pierwszy rzut trafił Evan, a Vucevic zaczął pomagać nam swoimi rzutami z półdystansu. Dobry start ostatniej odsłony zaliczył Oladipo, który zdobył pierwsze 6 pkt dla Magic, którzy szybko złapali 4 faule i sprawili, że goście byli w bonusie. Tak wściekłego Skilesa jeszcze nie widziałem, gdy po szkolnym błędzie naszej obrony Calderon zdobył łatwe punkty spod kosza, serio nie chciałbym być wtedy w skórze naszych graczy. Czas pomógł i Magicy poprawili się nieco w tym elemencie, a sami w ataku znowu dostawali się na linię i wciąż mieli w miarę bezpieczną przewagę. W samej końcówce Payton wziął odpowiedzialność na siebie i rzucał z półdystansu, ale nie tylko rzucał, bo przecież trafiał! Knicks nie byli w stanie nic już zrobić i Magic wygrali 100-91. Nie pomógł im ani Melo, ani Porzingis, który jest z Łotwy (ja i jingles do czasu draftu cały czas myśleliśmy, że to Litwin, ale jak poprawił mnie kolega Litwin z pracy: "to nie jest litewskie nazwisko, jakby to był Litwin to przecież bym wiedział, bo u nas koszykówka jest jak religia, a w piłkę wygrywać możemy tylko z San Marino… i to nie zawsze.") i miał aż 6 bloków, ale tylko 10 pkt z 13 rzutów i 9 zb.

Magic vs Bucks 114-90
Zaczęło się obiecująco, Harris trafił kilka rzutów (w tym dwie trójki) i ekipa z O-Town miała już na starcie delikatną przewagę. Niestety w obronie nastąpiło rozluźnienie, co w połączeniu ze stratami szybko wróciło Bucks do meczu, którzy musieli radzić sobie bez zawieszonego trenera. W ataku kompletnie nic nie szło nam w paint, byliśmy nieskuteczni, ale goście na szczęście nie mogli trafić za to nic z dystansu i wynik oscylował w granicach remisu. W końcu zaczęliśmy wymuszać faule i dzięki temu do przerwy prowadziliśmy 49-43. W trzeciej kwarcie działy się piękne rzeczy dla nas, 6/6 za 3, nieskuteczna gra "Kozłów", lepsza obrona pomalowanego i 81% skuteczności dały nam zwycięstwo w tych 12 minutach 37-22 i przed decydującą kwartą było pozamiatane (86-65, Bucks to nie OKC więc nie było się co martwić). W ostatniej odsłonie z przyjemnością się patrzyło na ten jumper Jasona Smitha <3, wjazdy pod kosz Oladipo i w pełni zasłużone prowadzenie 93-68 było największym jakie Magic mieli w tym sezonie. Pod koniec meczu parę trójek trafił Bayless, ale to nic nie pomogło przyjezdnym, 30 asyst to season-high drużyny z O-Town i w końcu Mario Hezonja mógł się zaprezentować na parkiecie ze swoją nową fryzurą (chyba zobaczył, że w NBA fryzura jest bardzo ważna!). Dobry mecz na początek weekendu i pewna wygrana na pewno podbuduje nasze morale. Widzicie? Scott się uśmiecha, a to nie częsty widok, więc miejmy nadzieję, że nasi gracze wciąż będą grali dobrze i nasz trener będzie miał powody do zadowolenia. Najbliższa okazja już o północy kiedy to zagramy przeciwko Celtics.
Be Magic!
