O krok od sensacji w Oakland
Mecz z mistrzami na ich terenie (bez Vucevica, który odpoczywał z powodu urazu pachwiny) rozpoczął się tak jak można było się tego spodziewać i już po pierwszej odsłonie gospodarze mieli o 13 pkt więcej na koncie. Magic nie złożyli jednak broni, w drugiej kwarcie nie pozwolili rywalom powiększyć przewagi, a w trzeciej odsłonie Warriors dołożyli do swej przewagi dodatkowe 4 pkt, co ewidentnie dało kopa gościom, którzy w decydującej odsłonie zaczęli gonić faworytów. Gordon, Oladipo i Jennings włączyli piąty bieg i przewaga Wojowników zaczęła topnieć, od stanu 111-102 nasi ulubieńcy zdobyli 7 pkt z rzędu i na nieco ponad minutę do końca różnica wynosiła już tylko 2 oczka. Co więcej, Magic byli o krok od wybronienia kolejnej akcji, jednak piłka dość szczęśliwie trafiła do Klaya Thompsona, który trafił za 3 równo z syreną kończącą akcję, po tym ciosie goście się już nie podnieśli i przegrali 113-119. Mimo porażki taki comeback przeciwko najlepszej drużynie w lidze robi wrażenie, o czym kibice Magic nie omieszkali wspomnieć na Twitterze Kevinowi Durantowi, dodając że jeśli wybierze latem Orlando, to z Warriors będzie grał w regular season tylko dwukrotnie.
Trzech graczy Orlando zdobyło w tym spotkaniu po 20 pkt - Gordon, Fournier i Jennings, ten pierwszy dołożył do tego 16 zb i był zawodnikiem meczu w szeregach Magic. Dobrze wypadł też Oladipo, który otarł się o triple-double (19 pkt, 9 zb, 8 ast), jednak spudłował wszystkie 3 próby zza łuku. W szeregach zwycięzców jak zwykle nie do zatrzymania byli "splash brothers", Curry zaaplikował naszym ulubieńcom 41 pkt, 13 zb i 4 prz, zaś Thompson dołożył 27 pkt i 6 zb, w sumie obaj panowie trafili 12 razy za 3 - ponad dwukrotnie więcej niż cała drużyna Orlando (5).
Back-to-back nie posłużyło w LA
Dzień po, mimo wszystko, niezłym meczu z Golden State nasi ulubieńcy wybrali się do LA na starcie z najgorszą drużyną Zachodu - Lakers. Magic bardziej skupili się jednak na fakcie, że był to ostatni mecz z Lakers z Bryantem w składzie, niż na samej grze. Ostatecznie Kobe w tym spotkaniu nie wystąpił (podobnie jak Vucevic po przeciwnej stronie), a goście z O-Town doznali kompromitującej porażki z "czerwoną latarnią" ligi (co oznacza, że Magic w dwóch kolejnych tygodniach przegrali z dwoma najgorszymi drużynami Konferencji Zachodniej). Mecz z Jeziorowcami układał się nieźle tylko w pierwszej połowie, po zmianie stron gospodarze odskoczyli na 10 pkt i nie oddali prowadzenia do samego końca, zwyciężając pewnie 107-98. Scott Skiles powiedział po meczu, że Lakers mieli w swoich szeregach 3 najlepszych zawodników na boisku tego wieczora i że to była główna przyczyna takiego obrotu spraw.
Trener Magic miał na myśli Russella, Clarksona i Randle'a, którzy zdobyli odpowiednio 27, 24 i 23 pkt, a ostatni z nich dołożył 11 zb - najwięcej w meczu. W ekipie Orlando nieźle spisał się backcourt w postaci Oladipo i Fourniera - odpowiednio 26 i 23 pkt. Goście mieli zbyt małe wsparcie z ławki, jedynie Watson zrobił swoje - 10 pkt, zaś Dedmon był najlepiej zbierającym swojej drużyny - 10 zb w niespełna 20 minut.
Kalifornijski honor uratowany w stolicy
Trzecie ze spotkań rozgrywanych w Kalifornii było szansą na uniknięcie sweepa na zachodnim wybrzeżu. Udało się, chociaż Magic mieli ułatwione zadanie, bo w szeregach gospodarzy zabrakło Cousinsa zawieszonego na jedno spotkanie po kłótni z trenerem. Magic również nie mieli do dyspozycji pełnego składu, a do kontuzjowanego Vucevica dołączył jeszcze Payton, którego w pierwszej piątce zastąpił Watson.
Magic zaczęli świetnie, po 3 minutach prowadzili 12-0, po 2 kolejnych 16-2, jednak na koniec pierwszej odsłony ich przewaga stopniała do zaledwie 6 oczek. W drugiej odsłonie gospodarze doszli naszych ulubieńców, jednak to team z Orlando kontrolował ten mecz i nie pozwolił rywalom się rozegrać. W ostatniej kwarcie Magic spokojnie kontrolowali wypracowaną, kilku-punktową przewagę i wygrali ostatecznie 107-100.
Liderzy zwycięzców w tym meczu bez zaskoczenia - Gordon, Oladipo, Fournier. Aaron po raz kolejny pokazał jaki zrobił progres (20 pkt, 11 zb) i gdyby nie regres w osobistych (4/10 FT) to te cyferki byłyby jeszcze fajniejsze. Victor i Evan dorzucili odpowiednio 18 i 16 pkt, a z ławki dobrze zagrał Smith - 16 pkt, 7 zb. Liderem punktowym Kings pod nieobecność Cousinsa byl inny wysoki - Kosta Koufos, zdobywca 19 pkt, grą dyrygował zaś Rondo - 16 pkt, 14 ast.
Blamaż w Portland
Mecz z Blazers należałoby przemilczeć, ale z redaktorskiego obowiązku napiszę o nim słów kilka. Magic byli zmęczeni, nie dość, że kończyli trasę po Zachodzie, grali back-to-back, to jeszcze nękały ich kontuzje - w Portland poza Vucem i Paytonem nie zagrał Jennings. Początek 11-2 dla naszych nie zapowiadał aż takiego lania, jednak od tego momentu z minuty na minutę było coraz gorzej, a przewaga gospodarzy rosła i rosła i rosła... aż po trójce naszego starego znajomego, Harklessa, na niespełna minutę do końca meczu osiągnęła 41 pkt. Więcej dodawać nie trzeba, skończyło się 84-121.
Trójka liderów standardowa, z ławki tym razem trochę dobrej energii dał Hezonja, zdobywając 11 pkt.
-----
To był ciężki tydzień dla graczy Orlando, a dużo łatwiej nie będzie, bo przed Magic jeszcze sporo wyjazdów. Nasi ulubieńcy od 8 lutego nie wygrali dwóch spotkań z rzędu (ostatnio takiej sztuki dokonali pokonując dwukrotnie Hawks). Ten sezon jest już stracony jeśli chodzi o walkę o najwyższe cele, jakimi dla Magic były w tym roku playoffy i dodatni bilans. Trzeba jednak grać do końca i czerpać choć trochę radości z każdego zwycięstwa i każdego wsadu Aarona Gordona.