Zacznijmy od bardzo dobrze znanego nam przypadku Anthony’ego Bennetta. W 2013 roku gdy fani Magic byli oburzeni faktem, że to nie im przypadł numer 1 w ówczesnym Drafcie, w Cleveland zacierano ręce na samą myśl o Anthonym. Bennett miał być symbolem nowoczesnej koszykówki, miał działać pod hasłem "nic na siłę", a fizyczne braki miał nadrabiać techniką.

Tak jak zakładano został wybrany z numerem 1, tuż przed Victorem Oladipo. Jakże wielkie było zaskoczenie Cavsów, gdy Bennett po pierwszym roku popisów notował 4.2ppg, na skuteczności 35%. Przewaga dzięki technice? Trzeba jednak przyznać Cavsom, że pozbyli się go książkowo, dokładając go do paczki z Andrew Wigginsem w zamian za Kevina Love’a. W Minnesocie nie mieli do Bennetta tak wiele cierpliwości i choć zawodnik odrobinę się poprawił, to już 23 września 2015 roku został zwolniony przez klub z Minneapolis. Ostatnią szansę dostał od Raptors, gdzie zagrał zaledwie 19 spotkań i znów został bezrobotnym.

Idąc wstecz napotykamy kolejnego Big-Mana, tym razem jest to Greg Oden. Wybrany został podobnie jak kolega Bennett z numerem 1. Nieszczęsny wybór miał miejsce w 2007 roku, a pechową drużyną okazali się być Portland Trail Blazers. Tu ciężko jednak doszukiwać się winy drużyny, gdyż ewidentnie na drodze do kariery Odena stanęły liczne kontuzje. Pierwsza z nich wykluczyła go z gry w debiutanckim sezonie. Gdy Greg w końcu wyszedł na boisko, po zaledwie 13 minutach opuścił je z kolejną kontuzją. Gdy wszystko wyglądało coraz lepiej, sprawa się rypła po raz trzeci i Oden zakończył sezon 2008/2009 już na początku grudnia. Po wyleczonej kontuzji dołączył do drużyny Miami Heat. W drużynie ówczesnych mistrzów rozegrał 23 spotkania. Po sezonie żadna z drużyn nie wyraziła ochoty na współpracę z Odenem, co biedny Greg odreagował na swojej partnerce, za co trafił do aresztu. Dziś Oden gra w chińskiej lidze.

Zostając na chwilę przy temacie kontuzji i draftowych wtop, warto wspomnieć o pechowym nabytku Sixers. Przed wami Joel Embiid. Kameruński center został wybrany z numerem 3 w drafcie w 2014 roku, lecz do dziś nie zadebiutował w NBA. Na drodze do wielkiej kariery stanęły kontuzje stopy, przez co wielki talent z Kamerunu prawdopodobnie pójdzie w ślady Grega Odena.

Kolejnym wybrańcem, którego los potoczył się inaczej niż się spodziewano jest Jan Vesely. Czeski center został wybrany w 2011 roku z numerem 6 przez Washington Wizards. Vesely grał po prostu beznadziejnie. Po trzech sezonach gry w stolicy USA, został wymieniony do Denver, gdzie zagrał zaledwie 21 spotkań i stracił pracę. Dziś jest koszykarzem Fenerbahce Stambuł.
Rok 2010 był bardzo pechowym dla tych, którzy liczyli na dobrych zawodników w drafcie. Aż trudno uwierzyć, że wówczas do ligi z wysokich picków trafili tacy zawodnicy jak Evan Turner (no.2), Wesley Johnson (no.4), Ekpe Udoh (no.6) czy Al Farouq Aminu (no.9).

Kolejnym draftowym niewypałem jest Hasheem Thabeet. Nie do wiary, że został on wybrany z numerem drugim w drafcie w 2009 ruku. Thabeet grał kolejno w Memphis, Houston, Portland i Oklahomie. W żadnej z tych drużyn nie odnalazł miejsca dla siebie i w 2014 zakończył przygodę w NBA. W tym samym drafcie z numerem szóstym, przed Stephenem Currym, DeMarem DeRozanem do ligi trafił Jonny Flynn. Po świetnym Rookie Season Flynn po prostu zgasł. Po dwóch sezonach w Minnesocie, Flynn próbował swoich sił w Houston i Portland, jednak w 2012, podpisał kontrakt w australijskiej lidze.
Zawodników, którzy okazali się być wielką porażką mimo wysokiego picku jest bardzo wielu. W pierwszej dziesiątce draftu do ligi weszli tacy zawodnicy jak, m.in Joe Alexander, Yi Jianlian, Adam Morrison, Tyrus Thomas, Shelden Williams, Ike Diogu czy Kwame Brown. Kojarzycie te nazwiska? Ja nie.
Jak widać Draft to wielka niewiadoma. Wybór właściwego zawodnika wiąże się z dużym ryzykiem, nawet jeśli dokonuje się go z wysokiego picku. Może też być zupełnie odwrotnie i biorąc zawodnika z odległym numerem, możemy trafić na gwiazdę, o czym napiszę w kolejnym felietonie.