Kobe Bryant i Tim Duncan to dwa przeciwieństwa, a mimo to dwie wielkie osobowości. Zupełną odmienność charakterów tych dwóch panów idealnie zobrazował sposób w jaki zakończyli swoje kariery.
Kobe pomimo wielkich problemów zdrowotnych w ostatnich latach kariery, swoją przygodę w NBA zakończył tak jak na legendę przystało. W blasku fleszy, pośród tłumu kibiców, ostatni raz dał popis aplikując drużynie z Utah 60 punktów i przekreślając szansę "Jazzów" na udział w PlayOffach. Bryant żegnany jak wielki mistrz w swoim ostatnim przemówieniu w Staples Center wypowiedział słynne już słowa "Mamba Out", poprzedzone licznymi podziękowaniami. Koniec kariery Kobe'go stał się początkiem nowej ery w Lakers. Mimo wszelkich zasług dla klubu muszę otwarcie przyznać, że ostatnie lata jego gry (a raczej leczenia kontuzji) z gigantycznym kontraktem, po prostu trzymały klub w martwym punkcie. Kobe przez lata był motorem napędowym Lakersów. Jego osoba generowała ogromne przychody dla klubu, a każdy kto przez ostatnie blisko 20 lat usłyszał słowo "Lakers", natychmiast kojarzył je z osobą Bryanta.
Tim Duncan był inny. Oprócz rewelacyjnych umiejętności, był niesamowicie solidny i niezawodny. Podczas swojej kariery tylko trzy razy, podkreślam TRZY RAZY, nie wyszedł w pierwszej piątce, a spotkań rozegrał dokładnie 1392. Insane! Wierny San Antonio, wierny Popovich'owi, łagodny olbrzym. Tim być może nie wprowadził, ale udoskonalił styl gry BigMana oparty na rzutach od tablicy i z półdystansu. Był zmorą wszystkich centrów, którzy swoją przewagę osiągali siłą. Jego ostatnie lata w NBA to już czysta profesorka. Jakże wiele zyskał on w oczach kibiców gdy zgodził się zostać w San Antonio na ostatni sezon za śmieszne jak dla niego pieniądze - 6mln$ za dwa lata gry. Do końca nie wiadomo było czy Tim zrezygnuje, podczas gdy Kobe zapowiedział odejście na emeryturę już rok wcześniej. O swojej decyzji Duncan poinformował świat, bez zbędnych uroczystości, spokojnie i w kameralnym gronie. Jak pisałem wcześniej ostatni rok gry Duncana kosztował San Antonio 6 milionów dolarów. Nie było to żadnym ograniczeniem dla klubu. Takich sportowców jest naprawdę niewiele.
Tima i Kobe'go łączyły jednak dwie rzeczy. Byli od początku do końca wierni jednej drużynie. Kobe dla Lakers, Tim dla San Antonio. Od 1999 roku do dziś tylko 5 razy miała miejsce sytuacja, gdzie któryś z panów nie zagrał w finale NBA. Dodatkowo San Antonio z Duncanem w składzie nieprzerwanie od 1998 roku meldują się w PlayOffach. Obaj panowie na swojej drodze na szczyt spotkali wielkich mentorów. Tim Duncan był przez lata prowadzony pod czujnym okiem Gregga Popovicha, zaś Kobe przez większość kariery grał pod wodzą trenera Phila Jacksona.
Jak będzie wyglądała liga bez Bryanta i Duncana? Na pewno ich brak najbardziej odczują starsi kibice NBA. Liga pożegnała dwóch wielkich weteranów, ale kto wie, być może kiedyś zobaczymy ich w roli trenerów, prezenterów?