Na początku tygodnia naszym przeciwnikiem byli New York Knicks, którzy zaskakująco dobrze rozpoczęli rozgrywki 2020/21. Samo spotkanie nie mogło się podobać kibicom, ponieważ nie pozwoliła na to rażąca nieskuteczność obydwu drużyn. Magic mimo nie najgorszej skuteczności na dystansie (12/38), zaliczyli niespełna 34% z gry, ale gospodarze nie byli pod tym względem wcale lepsi (36%). Poza Vucevicem (24 pkt, 14 zb) i Gordonem (18 pkt, 17 zb, 10 ast) nie było zawodnika z s5, który byłby w stanie pomóc wyżej wymienionej dwójce. Ross z ławki w 33 minuty zaliczył co prawda 19 pkt, ale trafił tylko 5 z 16 rzutów, a zastępujący Fultza w podstawowym składzie Cole Anthony zanotował tylko 6 pkt (2/12 z gry). Magicy przegrali 84-91...
Kolejne spotkanie graliśmy w Minnesocie i przez większość czasu musieliśmy odrabiać straty. Tylko w połowie pierwszej kwarty prowadziliśmy 21-14, a później było już tylko gorzej. Na przerwę schodziliśmy już z 16-punktową stratą, a największe prowadzenie Wolves osiągnęli tuż po starcie trzeciej odsłony (37-57). Jeszcze na 3 minuty do ostatniej syreny traciliśmy do gospodarzy wciąż 10 pkt (81-91) i wtedy coś ruszyło. 5 punktów wracającego po kontuzji pleców Fourniera i kolejna trójka Gordona zbliżyły nas na 2 punkty (89-91). Przy stanie 94-96 Jarred Vanderbilt na nasze szczęście spudłował dwa rzuty osobiste i po zbiórce Anthony'ego ten przebiegł cały parkiet i w ostatnich sekundach oddał decydujący rzut za 3, który znalazł drogę do kosza! Magic wygrali 97-96. 28 punktów Vucevica, 24 od Fourniera, po 13 Gordona i Anthony'ego wygląda już o wiele lepiej i w końcu po sześciu porażkach z rzędu przyszła pora na zwycięstwo.
W nocy z piątku na sobotę czekał nas kolejny wyjazdowy mecz, tym razem w Indianie. Magicy grali całkiem przyzwoicie 46% z gry, 17 z 37 celnych trójek dawały szansę na dobry wynik, ale na nasze nieszczęście gospodarze też całkiem dobrze sobie radzili. Bardzo dobrze spisywał się w swoim drugim meczu po powrocie Fournier, który trafił 8 z 14 rzutów, na 26 puntów, ale niestety dwa najważniejsze rzuty spudłował... Magicy jeszcze na niespełna minutę dogrywki prowadzili 118-117 i mając posiadanie, ważny rzut z dystansu spudłował Fournier. Szansę na zwycięstwo mieli więc gracze Pacers i na 3.6 sekundy przed końcową syreną Malcolm Brogdon trafł za 3 wyprowadzając gospodarzy na prowadzenie 120-118. Ostatnia szansa należała do nas, ale tym razem nie było game-winnera, ponieważ Fournier znowu spudłował...
Przed naszymi ulubieńcami czas na kilka spotkań w Amway Center gdzie zmierzymy się dwukrotnie z Charlotte Hornets, a następnie z Sacramento Kings i Los Angeles Clippers.