Ostatni mecz
Amway Center, Orlando, FL
25/26.02.2017
B
o
x
86 : 105
Kolejne mecze
DOM

śr/czw
01/02.03
01:00
DOM

pt/sb
03/04.03
01:00
WYJAZD

nd/pn
05/06.03
23:00
Southeast Division
DrużynaWL%
Washington Wizards 34220.607
Atlanta Hawks 32260.552
Miami Heat 27320.458
Charlotte Hornets 25330.431
Orlando Magic 22380.367
Liderzy regular season
Punkty Zbiórki Asysty
Fournier 16,8
Ibaka 15,1
Vucevic 13,9
Vucevic 9,9
Biyombo 7,3
Ibaka 6,8
Payton 5,7
Fournier 3,4
Augustin 3,1
Przechwyty Bloki Minuty
Meeks 1,2
Payton 1,1
Fournier 1,0
Ibaka 1,6
Biyombo 1,3
Vucevic 1,0
Fournier 33,0
Ibaka 30,6
Payton 29,1
Zlot Fanów
Od 2010 roku, w każde wakacje organizujemy Zlot Fanów Orlando Magic pod patronatem strony OrlandoMagic.pl. Co roku staramy się wybierać inne miasto, co roku poznajemy też coraz to nowych Fanów Magic i nie tylko, bo nasze spotkania są otwarte dla wszystkich, którzy potrafią się kulturalnie zachowywać i chcą wstapić w nasze grono.

Atmosfera podczas zlotów jest nie do opisania, a każdy kto choć raz brał udział w tym wydarzeniu wyjeżdża zawsze ze zlotu z przekonaniem, że za rok również nie może go zabraknąć.

Poniżej możecie przeczytać relacje ze wszystkich kolejnych zlotów. Na początku każdego roku pojawiają się wstępne informacje na temat terminu i miejsca najbliższego zjazdu. Serdecznie zapraszamy do udziału w tym wydarzeniu!!!

I Zlot Fanów Orlando Magic
Miejsce: Bydgoszcz | Termin: 9-11 lipca 2010 r. | Autor relacji: meda11 | Zdjęcia ze zlotu
Kiedy w RPA Mistrzostwa Świata w piłce nożnej wkroczyły na dobre do fazy pucharowej w tym samym czasie w Bydgoszczy w województwie Kujawsko-Pomorskim miał miejsce pierwszy zlot polskich kibiców Orlando Magic. Patrząc na zdjęcia ktoś może powiedzieć: "Co to za zlot? Raptem kilka osób na krzyż (nie, nie ten)!". My jednak odpowiemy: "To tylko początek!" :]

Czytaj więcej...
W dniach 9-11 lipca domek w jednej z bydgoskich dzielnic sukcesywnie zapełniał się gośćmi. Jako, że należę do gatunku "leń niepospolity", a w zasadzie "leń jedyny w swoim rodzaju" (gatunek zagrożony!) ograniczę się do króciutkiej relacji - jak to miało miejsce w przypadku relacji meczów Magic. Relacji subiektywnej, bo jedynie mojej - resztę dopowiedzą (jeśli zechcą ;)) poszczególni uczestnicy.

Tak więc piątek zaczął się dla mnie o godzinie 13 gdyż aktywny użytkownik/czytelnik naszej stronki - Kimi miał już zdecydowanie bliżej do Bydgoszczy niż swojego rodzinnego Gdańska. Biorąc poprawkę na funkcjonowanie PKP... spóźniłem się na dworzec, a Kimi został zmuszony czekać na obskurnym dworcu głównym :] Po podaniu sobie rąk i przedstawieniu jak na dżentelmenów przystało udaliśmy się Magdą M. (czyt. Swiftem) do miejsca przeznaczenia w celu pozostawienia bagażu. Kiedy już to zrobiliśmy ruszyliśmy do mnie na jakże oryginalny (dla człowieka z wybrzeża;)) obiad - paluszki rybne! Po zaspokojeniu jednej potrzeby udaliśmy się do baru-barki zacumowanej przy Starym Rynku. Cel przyświęcał nam jeden - zaspokojenie drugiej potrzeby jakże ważnej w obliczu panujących wtedy upałów. Oprócz picia rozpoczęliśmy na dobre "integrację", która polegała na rozmowie o... ukochanych drużynach piłkarskich. Przez ponad godzinę rozmawialiśmy o Borussi i Juventusie - trochę mniej czasu zajęły nam karty siakiejś ligi NBA.

Po powrocie do mnie, a była już godzina 17:30(?) zadzwonił telefon. To był kolejny uczestnik zlotu, istny Valentino Rossi (tylko, że z Polski) tj. Cinias. Chłopak był na tyle zdeterminowany, że ryzykował ŻYCIE jadąc blisko 60km na sprzęgle składającym się z... 2 (słownie: dwóch!) "żyłek" (sorki za uproszczenie).

W takim składzie postanowiliśmy przeczekać już bez żadnych wojaży na pozostałą grupę. W międzyczasie dzwonił niejaki szczerkos z informacją, że są jakieś komplikacje i że spóźni się nieznacznie (2 godzinki) :D No i kiedy dobiła godzina zero (20:30?) odezwał się ponownie Sony Ericsson. To była banda pod dowództwem jinglesa (sorry kate ;)). Już na samym początku pokazał kto tu rządzi gdy spojrzał krzywo na mnie i powiedział: "Czy Tobie aby drużyny się nie po...myliły?". Dodam, że miałem na sobie koszulkę Jordana z czasów gry w Wizards. Na szczęście udało się udobruchać bossa i przeszliśmy do oficjalnego przywitania.

Tak więc kolejno – kate (wybranka bossa), jingles, Miquel_17 i uśmiechnięty od ucha do ucha skrzatos przebyli masę kilometrów (szczególnie Miquel_17), by móc uściskać się z nieznajomymi. Krótko po części oficjalnej przyjechała właścicielka domu w celu spisania danych osobowych i zgarnięcia haraczu. Pani była na tyle miła, że spytała się co to za zlot i że w przyszłym roku spokojnie pomieści nawet 30 osób (czyt. my upchniemy kolejne 10-15 ;)). Wracając jednak do samych uczestników i ich planów… Pierwszy kierunek to monopol, który niemiła pani zamknęła nam bezczelnie przed nosem o 20:59 (czynny do 21:00). Miny nam zrzedły ale co się odwlecze to nie uciecze. Zapakowałem się do Magdy M., jingles z Miquel_17 do czeskiej strzały, a Cinas wskoczył na swojego jednoślada. Takim zestawieniem ruszyliśmy do mnie. Kiedy motocykl został odstawiony do garażu skoczyliśmy do GSu w celu zakupu "napojów wyskokowych".

Kiedy wróciliśmy do pozostałych musieliśmy z jinglesem... znów wsiadać do samochodu - a puszki już zostały otwarte :] To była wina szczerkosa, który miał czelność się przypomnieć o 22:00 ;] Ale jak trzeba to trzeba. Podjechaliśmy po ostatniego zlotowicza do centrum, a w drodze powrotnej zajechaliśmy do... monopolowego. Tak przygotowani wróciliśmy do reszty ferajny. No i zaczęło się! Na początku nieśmiało ale z każdą kolejną godziną, każdą kolejną anegdotą, każdą kolejną puszką robiło się weselej i bardziej rodzinnie. Magicznie rzekłbym.

Kolejnym etapem była szisza odpalona przez super duet jingles&kate. To był moment kiedy wszystkim już było miło. No prawie wszystkim, bo dwóch panów "s" tj. szczerkos i skrzatos padli ze zmęczenia nie bacząc na resztę.

Kiedy dochodziła godzina 3 nad ranem postanowiliśmy wziąć time-out. Ja wraz z Miquel_17 zabraliśmy się do mnie, a reszta grzecznie położyła się spać. To był ciężki dzień. To była ciężka noc.

Sobota dla niektórych zaczęła się już ok. godziny 10:00 - to chyba Ci co padli zeszłej nocy ze zmęczenia. Ja z Miquel_17 daliśmy sobie więcej czasu i dobiliśmy do reszty o 13:00 - ten drugi został niedługo później odstawiony Magdą M. do krewnych, których nie widział "X" lat - wujek ofkoz poczęstował go "napojem".

Plany na sobotę były ambitne: wypad na obiadek/piwko, meczyk w wersji live, mecz w TV i inne cuda. Skończyło się na kebabie/pizzy z colą (szczerkos czarował kelnerkę) i... spotkaniu z fanami Cavs. Tak się złożyło, że nasz boss zgadał się z Cezem i redaktor cavs.e-nba.pl przyjechał wraz z kolegą Robinem (również kibic Cavs) na meczyk - że niby rewanż za PO 2009? My jako "przeciwnicy" uzbroiliśmy się w broń największego kalibru: "To jak tam chłopaki LeBron?". Gdy już miało dojść do pojedynku na punkty trzeba było wymieszać składy. I tak w zespole Ceza zagrali Kimi, szczerkos i skrzatos, a w zespole jinglesa, Cinias, Robin i moja skromna osoba. Mimo efektownej gry obfitującej w 1touch pass i inne szmery bajery zespół jinglesa musiał uznać wyższość ekipy Ceza - katem okazał się "nie umiem grać"/"to tylko fuks" skrzatos.

W tym miejscu wspomnę jeszcze o morderczej walce, którą gracze musieli toczyć nie tylko z własnymi organizmami, wysoką temperaturą ale też z małymi muszkami kamikadże, które atakowały non stop oczy, usta, nos, uszy. To był draaamat.

Kiedy już pożegnalismy Cavs (pozdro chłopaki!) udałem się z Miquel_17, który w międzyczasie wrócił od krewnych do... sklepu (:P) w celu kupienia czegoś na "suszę w gardle" - wybór padł na kejdżeja czyli bydgoskiego sikacza o nazwie Kujawiak (bo skrzatos przywiózł ze swoich stron własny trunek).

Po wykąpaniu zasiedliśmy przed TV, by wyzywać Niemców od najgorszych (sorki Kimi ;)), a gdy mecz się zakończył zrobiliśmy użytek z laptopa kate puszczając co chwilę inną muzykę, by koniec końców płakać ze śmiechu po zapuszczeniu przez szczerkosa piosenki pt. "Ala nie wali...". Kiedy łzy zostały otarte szczerkos ponownie sprzedał nam gonga prosto w twarz. Uruchomił facebooka i "przedstawił" nam swoją siostrę. Po tym co ujrzeliśmy... Jak to najlepiej ująć? Wiem! Przywitalibyśmy kibickę Lakers (dobrze czytacie ;)) z równie szeroko otwartymi ramionami. Tak otwartymi jak szczerkos sister potrafi zrobić szpagat - uwierzcie na słowo, że daaaje radę. To był znak, że w ruch musi pójść smakowy tytoń i szisza.

W takich okolicznościach ponownie dyskutowaliśmy o Magic, odwadze Ciniasa (facet kibicuje Magic dopiero od kilku miesięcy!) oraz zamiłowaniu Kimiego do kart NBA. W tym miejscu pozwolę sobie na małą dygresje - Kimi oświadczył, że w USA tak jak dostępne są karty poszczególnych zawodników wraz z wycinkami ich koszulek, butów, opasek... tak też istnieją karty celebrytek z modelkami na czele. Co dołączane jest do kart? A na przykład fragment stringów! Którz by nie chciał gaci Lady Gagi? No kto? Wracając do zlotu i Magic...

Gorąco zrobiło się gdy poruszyliśmy pozycje w drużynie zajmowane przez Bassa i Cartera. Kiedy tylko skrzatos zobaczył jak emocjonalnie (czyt. nerwowo ;)) Miquel_17 podchodzi do starzejącego się VC wtem odpalił z pendrive'a mecz Magic z Hornets gdzie Vince zaliczył najlepszy występ! :D Miquel_17 zastrajkował i poszedł rozmyślać m.in. o słabym występie Polaków w Grand Prix w żużlu. A, zapomniałbym! Jeszcze przed samym meczem doszliśmy do wniosku, że warto pstryknąć jakąś większą fotkę - tak żeby byli wszyscy.

Nie obyło się ofkoz bez problemów ale w końcu udało się. Kiedy ja zajechany wróciłem do domu reszta ekipy oglądała dalej popisy Cartera i pstrykała sobie zdjęcia.

Niedziela to czas pożegnań. Kiedy w TV leciał King Kong z Jeffem Bridgesem my mówiliśmy sobie "dziękuje" i "do zobaczenia". Ten drugi zwrot dla Ciniasa miał o wiele większe znaczenie. Na całe szczęście chłopak jak i pozostali dojechał do domu cało, a samo sprzęgło liczyło sobie już jedną, jedyną, naderwaną "żyłę".

Można powiedzieć, że to istna MAGIA! Do następnego! Oby w większym gronie!

▲ Ukryj ▲
II Zlot Fanów Orlando Magic
Miejsce: Łódź | Termin: 22-24 lipca 2011 r. | Autor relacji: jingles | Zdjęcia ze zlotu
II Zlot Fanów Orlando Magic odbył się w dniach 22-24 lipca 2011 roku w Łodzi, a miejscem zakwaterowania był domek na osiedlu domków jednorodzinnych na Retkini. Ekipa jaką udało się tym razem zebrać przedstawiała się następująco (kolejność alfabetyczna): Bialaas, Cinas (vel Pidżamir vel PeJameer), Graczu (od sobotniego popołudnia), Jingles, Kate, Kimi, Obcy (vel Pedo), Pitrusz, Skrzatos, Wrocka.

Czytaj więcej...
Dla mnie zlot zaczął się w piątek o godzinie 8:50 kiedy to dostałem sms od skrzatosa, że ma 10 km do Łodzi (a jechał autokarem z... Niemiec, specjalnie na zlot - RESPECT!!!). Wstałem więc, ubrałem się, założyłem koszulkę "2009 Eastern Conference Champions" i czapeczkę Magic, wsiadłem w czerwoną Skodę i popędziłem na dworzec Łódź Fabryczna odebrać pierwszego zlotowicza. Po powitalnym misiu zapakowaliśmy się w samochód i pomknęliśmy do Galerii Łódzkiej w celu zakupienia dla Skrzatosa butów do basketu. Obraliśmy na początek kierunek GO SPORT i okazał się to strzał w dziesiątkę. We wspomnianym sklepie była promocja na fajne "Najeczki" - 130 PLN. Skrzatos założył na nogę - pasowały jak ulał i tak oto stał się posiadaczem nowych bucików. Sam też chciałem takie kupić, bo moje AND1 po 3 latach grania ledwo żyją, ale niestety nie było rozmiaru...

Po zakupach w Galerii, jako że do przyjazdu kolejnych zlotowiczów było jeszcze sporo czasu, pojechaliśmy ze Skrzatosem do Pabianic do mnie, gdzie czekały na nas pyszne kanapeczki przygotowane przez Kate :) Po śniadaniu trochę odsapnęliśmy, pokrzątaliśmy się po mieszkaniu, spakowaliśmy się i jakoś po 13 ruszyliśmy po kolejnych kompanów. Najpierw odebraliśmy z Łodzi Kaliskiej Wrockę i Cinasa, po czym musieliśmy zaliczyć pierwszą wizytę na kwaterach, bo skończyło nam się miejsce w samochodzie i Bialaas nawet do bagażnika by się już nie zmieścił ;-) Dlatego wyładowaliśmy bagaże do domku i ja wraz z Wrocką i Skrzatosem pojechaliśmy na Łódź Fabryczną po Białego. Poznaliśmy go bez problemu, bo miał na sobie piękny, niebieski t-shirt Orlando z numerem 12, poza tym wyróżniał się wzrostem (najwyższy na zlocie), więc ciężko było Go nie zauważyć. Wróciliśmy z Białym do domku, rozgościliśmy się i atmosfera już zaczynała robić się Magiczna! Następnie udaliśmy się Skodą do pobliskiego Lidla na zakupy spożywcze. Dziewczyny stwierdziły, że one popilnują pokoju więc na shopping wybrali się Biały, Cinas, Skrzatos i ja.

W Lidlu było całkiem wesoło, w międzyczasie 3 razy zapomnieliśmy z chłopakami co dziewczyny nam kazały kupić, w efekcie czego pieczywa mieliśmy lekki naddatek, ale z dwojga złego lepiej za dużo niż za mało. Z reszty zakupów wywiązaliśmy się całkiem sprawnie, dlatego też mieliśmy co jeść i pić. W drodze z Lidla zahaczyliśmy jeszcze o małe Tesco znajdujące się bliziutko naszych kwater, gdzie Skrzatos robił zakupy zamówione w Niemczech przez towarzyszące mu tam osoby i podczas tych zakupów o mało nie zdobyliśmy kolejnego zlotowicza, bo okazało się, że jedna z pań w kasie była nie dość, że sympatyczna to jeszcze bardzo ładna :D Ostatecznie jednak skończyło się na kilku żartach i uśmiechach, a ekipa zlotowa pozostała w niezmienionym składzie. Z Tesco wróciliśmy do domku, a chwilę później męska część grupy otworzyła po piwku (bo na grę w kosza, pomimo ogromnych chęci szczególnie Skrzatosa i Białego, w piątek nie było już szans z powodu padającego deszczu) i po kolejnych uczestników musiała już jechać Kate. Oczywiście nie sama - towarzyszyłem Jej ja i Wrocka. Ale jeszcze zanim wyruszyliśmy w drogę, do piwka rozpaliliśmy sziszkę, która oczywiście udała się wraz ze mną na zlot. Uruchomienie faji było nie lada wyzwaniem, gdyż węgielki kokosowe jakie posiadałem były naprawdę trudne do rozpalenia, a w kuchni była płyta elektryczna, która jak wiadomo nie posiada palników ziejących ogniem. Na szczęście mieliśmy grilla, na szybko rozpaliliśmy kilka węgli super-zapalniczką Białego, od których węgielki sziszowe rozpaliły się całkiem sprawnie. Sziszka była jak zawsze wyborna, a przy wypuszczaniu dymu można było w nim wieszać siekierę :) Jakiś czas później dostaliśmy cynk, że pociąg z Poznania zbliża się do Łodzi, trzeba więc było jechać po Pitrusza i Obcego vel Pedo.

Chłopaki do Łodzi zajechali około godziny 17, a miejscem ich przyjazdu był dworzec Łódź Kaliska, na który wybraliśmy się po raz drugi tego dnia. Timing mieliśmy świetny, bo zaraz jak dotarliśmy na dworzec to na peron zajechał pociąg. Czekaliśmy na chłopaków w podziemiach (bo padało) gdzie znaleźli nas oni bez najmniejszego problemu, gdyż każde z nas miało na sobie koszulkę naszego ukochanego klubu. Z resztą Obcy vel Pedo również miał na sobie białą koszulkę z napisem Magic, numerem 15 i nazwiskiem "Turkoglu" na plecach. Po przywitaniu z przybyszami z Poznania i Gniezna zapakowaliśmy się ponownie w Skodę, którą udaliśmy się, a jakże, do Tesco (chłopaki musieli nabyć prowiant). Wcześniej zahaczyliśmy jeszcze o mieszkanie moich rodziców w celu pożyczenia aparatu fotograficznego, bo okazało się, że nikt takowego sprzętu ze sobą nie posiadał. Zakupy w Tesco przebiegły sprawnie, a widok uradowanej twarz Obcego, który ujrzał 12-pak Harnasia za 21,99 PLN był naprawdę niezapomnianym przeżyciem :D Oczywiście wspomniany 12-pak podróżował od tego momentu z nami, na ramieniu Obcego. Gdy wróciliśmy z kolejnymi Magicznymi do domku nastąpiło przywitanie z resztą, "nowi" się rozgościli i zaczęła się prawdziwa Magiczna Biesiada.

Zbliżał się wieczór i każdy robił się głodny więc stwierdziliśmy, że robimy grilla. Jako, że z rozpalaniem sziszy poszło mi calkiem nieźle to grono stwierdziło, że będę także pełnił rolę starszego grillowego. Zszedłem więc na taras na dole przygotowywać wszystko do grillowania, a w tym czasie na górze trwało ustawianie laptoka w odpowiednim punkcie w celu obejrzenia meczu młodych Polaczków (link Skrzatos już wcześniej wylookał). Rozpaliłem więc grilla, dziewczyny przygotowaly większość żarełka, każdy donosił też co tam jeszcze chciał wrzucić na ruszt, aż w końcu cała okrągła kratka zapełniła się kiełbaskami. Węgiel palił się porządnie, do tego powiewal wiaterek więc żarełko było gotowe dość szybko, a my byliśmy (od dłuższego już czasu z resztą) gotowi do biesiady. Poszliśmy na górę, odpaliliśmy meczyk, wzięliśmy po kiełbasce, no i jako, że zagrycha juz była, wyjęliśmy buteleczkę wody ognistej marki Stock. Aż tu nagle... kapnęliśmy się, że nie mamy kieliszków... Było to niewątpliwe uniedogodnienie, dlatego zaraz po zjedzeniu kiełbaski delegacja poszła do Tesco i przyniosła 6 eleganckich szkieł :D Teraz mieliśmy więc komplet potrzebnych rzeczy i mogliśmy cieszyć się w pełni zlotem i zwycięstwem Polaków w meczu z Grecją. Toastów za Orlando Magic nie zliczę, były również podniesienia za nieobecnych z życzeniami, żeby za rok ekipa była dużo większa. W międzyczasie rozpoczęliśmy cytrynóweczkę sporządzoną przez Pitrusza i Obcego i trzeba przyznać, że chłopaki znają się na rzeczy. Również między jednym, a drugim toastem zatwierdziliśmy oficjalnie ze Skrzatosem umowę odnośnie meczu 1 na 1, który miał odbyć się w sobotę, podaliśmy sobie dłonie, ustaliliśmy zasady, ustaliliśmy stawkę - zgrzewka(!!!) - Cinas przeciął i już wszystko było zaklepane (o wyniku meczu dowiecie się w dalszej części relacji). Wieczór mijał bardzo miło i zarazem szybko, siedzieliśmy sobie, rozmawialiśmy o Orlando, robiliśmy zdjęcia, oglądaliśmy przeróżne filmiki na youtubie, dwukrotnie jeszcze rozpalaliśmy sziszę, atmosfera była naprawdę niesamowita. Ale, ale... ekipa nie była jeszcze w komplecie, z odległego wybrzeża pędził do nas przecież Kimi. O godzinie 1:09 dostałem cynk, że Kimi minął już Łódź Żabieniec, a to oznaczało, że jest naprawdę bardzo blisko. Zerwaliśmy się więc (ponownie Kate, Wrocka i ja) by pojechać po Kimiego...

No i tu zaczynają się jaja :) Zeszliśmy na dół, ciągniemy za klamkę od drzwi wejściowych - zamknięte. No ale ok, przecież w drzwiach jest zamek, który otworzyłoby nawet dziecko... Ano nie do końca, on tylko na taki wyglądał, ale naprawdę okazał się całkiem skomplikowaną maszynerią - każde z naszej trójki próbowało przekręcić zamek i owszem, udawało nam się to, problem w tym, że nie powodowało otwarcia drzwi... W jedną, w drugą, siłą, sposobem - nic. Na szczęście przypomniało nam się, że z tarasu, na którym robiliśmy grilla i na który wychodziło się tylnymi drzwiamy balkonowymi, jest zejście schodami na dół, wystarczy obejść domek dookoła i jesteśmy w samochodzie. No i to była najmniej przyjemna część, bo w ogródku byly krzaki po pas, oczywiście całe mokre, w sumie to jak wyszliśmy ciągle padało, także jak wsiedliśmy do auta to byliśmy cali mokrzy. Najważniejsze jednak było to, że możemy spokojnie pędzić po Kimiego. Musiał on na nas chwilkę poczekać, ale jak stwierdził - w hali było na szczęście ciepło.

Wróciliśmy z Kimim do domku, powrót także przez mokre krzaczory i jako, że chłop trochę zmarzł poczęstowaliśmy go od razu czymś rozgrzewającym. Następnie zrobiliśmy kolejną serię zdjęć, już w komplecie, a Magiczna Biesiada nadal trwała. Jakoś w okolicach godziny 4 Obcy dorwał laptopa i zapuścił Kapitana Bombę! Taki filmik przed snem był jak znalazł - pośmialiśmy się porządnie i zmęczyliśmy tym śmiechem, przez co niedługo później usypiało nam się bardzo fajnie. Ja padłem około 4:30, kilka osób jeszcze wtedy nie spało, ale ogólnie pierwszy wieczór (hmmm chyba noc) zlotu dobiegał końca.

Sobota przywitała nas ku naszej wielkiej uciesze ładną pogodą, co oznaczało, że boisko jest nasze! Jako, że ja jestem śpiochem to w momencie gdy się obudziłem część ekipy była już na Orliku. W miarę szybko jednak do nich dotarliśmy (Kate, Kimi, Obcy i ja) i zaczęła się gra na całego. Pogoda była na grę idealna, nie padało, nie było upału, warunki świetne. Skrzatos był już rozgrzany więc i ja porzucałem sobie troszkę, pobiegałem parę minut, aż w końcu oboje stwierdziliśmy, że jesteśmy gotowi i rozpoczęliśmy nasz mecz. Zasady były ustalone następujące: mecz do 21, rzuty zza łuku liczymy za 2, pozostałe rzuty za 1, piłka po koszu jednego jest w posiadaniu drugiego. Najpierw rzucaliśmy o piłkę osobiste, ale zabijcie mnie - nie wiem kto zaczynał :) W każdym razie od początku gra była wyrównana, mnie udało się skończyć kilka akcji spod kosza i początkowo objąłem minimalną przewagę. W międzyczasie stwierdziliśmy, że jak któryś z nas osiągnie granicę 10 pkt to robimy przerwę na uzupełnienie płynów i okazało się, że po kolejnym celnym layupie z mojej strony schodziliśmy na przerwę przy wyniku 10-8 dla mnie.

Wzięliśmy więc po parę łyków wody i wróciliśmy na boisko. Skrzatosowi przewa pomogła, mnie - wprost przeciwnie. Nie wiem czy on się czegoś oprócz tej wody nałykał, czy co tam zrobił, ale trafiał trójki (a przy naszych zasadach dwójki) na zawołanie. Przy każdym kolejnym celnym rzucie zza łuku stwierdzałem "nie no kolejnego już nie trafi" - trafiał!!! W tamtym momencie ten filigranowy gość był w stanie trafić wszystko, z każdej pozycji :) Skrzatos sypnął mi bodajże 3 albo 4 trójki pod rząd, przełamał layupem, po czym wrócił do rzutów zza łuku. Mnie taki obrót spraw lekko zdeprymował i już nie szło ani w ataku, ani w obronie i mimo walki do końca poległem, ku "wielkiemu zaskoczeniu" wszystkich - po celnej trójce, 14-22. Nie pozostało mi nic innego jak pogratulować zwycięzcy co też uczyniłem. Jedno jest pewne - ten mecz wygrał lepszy tego popołudnia! (Skrzatos - nie myśl sobie, że to moje ostatnie słowo - za rok rewanż!!! ;-)).

Po tym emocjonującym spotkaniu (przynajmniej dla nas dwóch ;-)) rozegraliśmy kilka niezłych i nieźle męczących meczów 3 na 3, mieszając składami po każdym meczu. Nie obyło się bez twardej walki, emocji, nerwów (tu chyba ja przodowałem, bo mój celownik tego dnia został w domku), ale przede wszystkim dużej ilości śmiechu i świetnej zabawy. Na boisku spędziliśmy ponad 3 godziny, po których stwierdziliśmy ze Skrzatosem, że zmasakrujemy się do końca i zagramy mini-rewanż do 11. Sam nie wiem, który z nas był bardziej zmęczony, jednak tym razem mój przeciwnik stracił celność, a i szybkość po 3 godzinach biegania była już nie ta i udało mi się wygrać 11-9. Chwilę później byliśmy już w drodze do domku, a każdy z grających wyglądal jakby przerzucił tonę węgla :) Po drodze spotkaliśmy jeszcze bardzo ciekawą dwójkę osobników. Była to urocza para złożona z pana lat, na oko, 55, ubranego bardzo gustownie, bo w kreszowy, granatowo-czerwony dresik + garniakowe laczki i pani w podobnym wieku imieniem Grażyna. Skąd wiedzieliśmy jak pani ma na imię - ano stąd, że pan goniąc ją idącą żwawym krokiem i ewidentnie na niego wk... zdenerwowaną, wołał głośno jej imię z prośbą, by na niego zaczekała. Nie posłuchała, a my mieliśmy z tego taki ubaw, że owa para towarzyszyła nam w rozmowach i żartach do końca zlotu :)

Po powrocie do domku zaczęła się seria kąpieli i długo wyczekiwane jedzenie. Głodni byliśmy jak wilki więc wykonaliśmy telefon i po niespełna godzinie (dłużyła się okrutnie) przywieźli nam placki, kebaby i inne pyszności. W międzyczasie dołączył też do nas Graczu, który mieszka nieopodal, i zjadł nam 2 kawałki pizzy :) Później znów była szisza, znów były filmiki na youtubie, a nawet cały meczyk Orlando - z 1 marca 2011 roku, wygrany z Knicks w Amway Arena. Ciężko jednak było się w pełni skupić na meczu, bo do omówienia mieliśmy całą masę różnych spraw, związanych przede wszystkim z naszą stronką i ukochanym teamem. Ponownie było Magicznie, a czas leciał bardzo szybko. Gdy było już dobrze po północy to wybraliśmy się ze Skrzatosem, Pedo i Graczem na stację po... jakiś napój ;-) Gdy weszliśmy na ce-pe-en i stanęliśmy z Pedo przy lodówce z napojami, w głowie zapaliła nam się żaróweczka i zaświtała pewna wspaniała myśl - PLANKING :D Nie odważyliśmy się władować do lodówki, ale mimo to narobiliśmy niezłej siary na stacji ;-) Położyliśmy się z Pedo na podłodze obok lodówek, zapomnieliśmy jednak, że ręce mają być wzdłuż ciała i nasz planking był lekko oszukany, ale najważniejsze, że mieliśmy z tego niezły ubaw, co Graczu zarejestrował aparatem w telefonie. Później Pedo i Skrzatos kupili sobie jeszcze po hot-dogu, wyraźnie zaznaczając panu sprzedawcy (który był z lekka zmieszany, bo chwilę wcześniej coś im się popsuło z komputerami i chyba jeszcze do końca się nie naprawiło), że chcą wszystkie możliwe sosy, gdyż oni są z WU-ES-I :D

Wracając ze stacji myśl o plankingu nas nie opuszczała, niestety po drodze ciężko było znaleźć jakieś głupie miejsce, żeby go wykonać. Dlatego też postanowiliśmy, że położymy się po prostu na środku ulicy :] Była noc więc samochodów było mało i tym razem leżeliśmy już we trójkę - ja, Pedo i Skrzatos, Graczu zaś nadal robił za fotoreportera. Po powrocie do domku ja nadal kontynuowałem kładzenie się gdzie popadnie, a moim łupem padła szafka pod telewizor oraz murek w łazience oddzielający wannę od wucetu :) Pedo i Pitrusz też dostali lekkiego adehade i władowali się po lodówce na takie a'la poddasze w naszym pokoiku - ogólnie było full śmiechu :) Niestety to co dobre szybko się kończy i w końcu trzeba było sie położyć, żeby rano wstać.

Jako pierwsi pociąg mieli Wrocka i Cinas. Baaardzo ciężko się wstawało o 9 rano, szczególnie ja i Cinas nie mogliśmy się wydostać z łóżek, ale w końcu się udało i na dworcu byliśmy na czas. Smutno było się żegnać, ale obiecaliśmy sobie, że najdalej za rok widzimy się ponownie, a w sumie to może już w marcu w Londynie :) Później kolejni zlotowicze rozjeżdżali się do domów, każdy deklarując swoją obecność na kolejnym zlocie i dziękując wszystkim pozostałym za niesamowity weekend. Jako ostatni autokar do Niemiec miał Skrzatos, z którym w międzyczasie byliśmy jeszcze u Gracza na obiedzie. Odwiezienie Skrzatosa na dworzec Łódź-Fabryczna oficjalnie zakończyło II Zlot Fanów Orlando Magic.

Podsumowując - po raz drugi zrobiliśmy świetny spęd ludzi kochających Orlando Magic. Ja ze swojej strony dziękuję wszystkim raz jeszcze za stworzenie niesamowitej atmosfery. Brakowało nam jednak reszty fanów, dlatego by jak najbardziej zwiększyć szanse na to żeby za rok pasowało większej ilości osób, stwierdziliśmy, że termin kolejnego zlotu ustalimy ostatecznie już w styczniu przyszlego roku, do czego się niniejszym zobowiązuję! MAGIA jest wśród nas! Pozdro dla wszystkich!!! Do zobaczenia za rok!

▲ Ukryj ▲
III Zlot Fanów Orlando Magic
Miejsce: Kraków | Termin: 12-15 lipca 2012 r. | Autor relacji: jingles | Zdjęcia ze zlotu
Oficjalnie III Zlot Fanów Orlando Magic rozpoczynał się w czwartek 12 lipca 2012 roku. Dla czterech osób zaczął się on jednak nieco wcześniej, a tymi szczęśliwcami byli Kate, Wrocka, Kimi i ja (jingles). Już w środę Wrocka i Kimi przyjechali do nas by następnego dnia zabrać się z nami w dalszą podróż do Krakowa samochodem. Odebrałem ich z dworca Łódź Kaliska o 18.30, a cały wieczór minął nam bardzo szybko. Najpierw pojechaliśmy do nas do Pabianic, tam wypiliśmy po szklanie wody i musieliśmy ruszyć do Łodzi załatwić parę spraw takich jak zakupy, odwiezienie naszego kota do rodziców itp... W mieszkaniu byliśmy ponownie po 22, a jako że zgłodnieliśmy przez to jeżdżenie to zamówiliśmy pizzę, strzeliliśmy po piwku (za Orlando Magic rzecz jasna), trochę pogadaliśmy i poszliśmy spać, by następnego dnia rano ruszyć na podbój Krakowa.

Czytaj więcej...
Plan był taki, żeby wyjechać o 8.30 rano i koło południa być na miejscu. Plan prawie udało nam się zrealizować, co prawda mieliśmy kilka minut opóźnienia, ale przed 9 byliśmy już w drodze także nie było źle. Na drogach ruch nie był zbyt nasilony, dlatego niesieni rytmami Grubsona i Pyskatego chwilę po 12 byliśmy już na miejscu. Hostel Deco znaleźliśmy bez problemu i po zaparkowaniu samochodu na ulicy Mazowieckiej poszliśmy się zameldować. Na recepcji powitała nas sympatyczna pani Izabela, która oznajmiła nam, że nasz pokój jeszcze się sprząta i musimy poczekać chwilę na świetlicy. Poszliśmy więc tam i klapnęliśmy sobie na kanapie. Czekając na pokój dostaliśmy cynk od dwóch kolejnych zlotowiczów, że zbliżają się oni do Krakowa Głównego, byli to bialaas i 99zajac99. W tym momencie musieliśmy się na chwilę rozdzielić i Wrocka z Kimim zostali w Deco by czekać na klucz od pokoju, natomiast ja z Kate pojechałem po chłopaków. Dworzec od naszego hostelu był co prawda niedaleko, jednak droga była dość zawiła i na około, dodatkowo nie bardzo mogliśmy znaleźć miejsce parkingowe. Wpadliśmy jednak na pomysł by zaparkować na parkingu Galerii Krakowskiej, która jest jakby przyklejona do dworca. Wjechaliśmy na górę i okazało się to świetnym pomysłem, bo na parkingu, ku naszemu sporemu zdziwieniu i jeszcze większemu zadowoleniu, znajdowały się eleganckie zejścia na poszczególne perony. Zeszliśmy więc i po kilku wykonanych telefonach znaleźliśmy się z zającem w podziemiach łączących perony, a dosłownie chwilę później z tłumu wyłonił się i bialaas. Szybko zgarnęliśmy chłopaków i niedługo potem byliśmy już ponownie na ulicy Mazowieckiej.

W Międzyczasie gdy my byliśmy po chłopaków w Deco wydarzyły się dwie ważne rzeczy: pierwsza z nich to fakt, że Wrocka i Kimi odebrali klucze do pokoju, a druga to fakt, że dołączył do nas kolejny zlotowicz, Krakowiak - jasien. Tu należy wspomnieć, że większość zlotowiczów ujrzała w jasieniu wielkie podobieństwo do Dirka, a co ciekawe - jasien ma na nazwisko... Nowicki. Dlatego też został on szybko przechrzczony na Dirk, co spowodowało też zmianę nicku na naszej stronie. Wracając do opisu zlotu - pokój mieliśmy fajny, choć gdyby był trochę większy to nikt by się nie obraził. W pokoju były 4 łóżka piętrowe i każdy po kolei zajmował sobie swoje miejsce. Poza łóżkami na środku pokoju mieliśmy niewielki, okrągły stół, a na ścianie naprzeciwko drzwi było duże okno, przez które, jak się okazało, można było oglądać całkiem ciekawe rzeczy dziejące się na ulicy.

Po powrocie z bialaasem i zającem wykombinowaliśmy, że po kolejną osobę na dworzec pójdziemy już na pieszo, bo Kraków zakorkowany, droga na dworzec naokoło, pogoda na spacer dobra i co najważniejsze - taki plan pozwoli nam napić się od razu zimnego browarka zakupionego uprzednio w Żabce, która znajdowała się dosłownie kilka kroków od Deco. Zebraliśmy się więc i poszliśmy po napoje chłodzące. Pierwszy toast w Krakowie, jakby mogło być inaczej, za Orlando Magic. Tak sobie posiedzieliśmy jakiś czas, wysączyliśmy co kto miał, bialaas przymierzył koszulkę OrlandoMagic.pl i wybiła godzina wymarszu na dworzec po piotrka027. Chcieliśmy iść wszyscy, ale nie było takiej opcji ze względu na to, że za kilkanaście minut mieli dojechać skrzatos i noxius. Dlatego też Kate i bialaas zostali na posterunku, a reszta pod wodzą przewodnika - jasienia (tzn. chciałem napisać Dirka), ruszyła na Kraków Główny. Tu konstrukcja dworca znów okazała się być całkiem skomplikowana, bo zanim weszliśmy na perony to musieliśmy zrobić niezłe kółko, ale w końcu się udało. Piotrek czekał już na nas na peronie, po przywitaniu ruszyliśmy z powrotem do hostelu.

Gdy wróciliśmy to już czekali na nas skrzatos i jego kuzyn noxius. Szybkie "misie", wymienione parę zdań, Piotrek postawił na stół flachę wina roboty jego taty i stwierdziliśmy jednogłośnie, że przydałoby się coś zjeść. Poszliśmy więc spacerkiem do pizzerii na ulicę Karmelicką, a wcześniej wpadliśmy na wypasiony pomysł, że żeby nie czekać tam na pizzę zadzwonimy i ją zamówimy, a jak dojdziemy to ona już będzie na nas czekała. Jak pomyśleliśmy tak zrobiliśmy. Każdy miał placka z kimś innym na pół i całkiem porządnie się nimi najedliśmy, było dużo i smacznie. Posileni nabraliśmy sił i stwierdziliśmy, że z basketem nie czekamy do kolejnego dnia (bo taki był pierwotny plan), ale wracamy się przebrać i szorujemy na boisko.

Przewodnikiem ponownie został Dirk, który zaprowadził nas na asfaltowe boisko znajdujące się 15 minut marszu od Deco. Rozgrzeweczka, kilka rzutów kontrolnych i stwierdziliśmy, że pogramy 3 na 3. Składy zrobiliśmy mniej więcej wyrównane (ale zabijcie mnie - nie pamiętam kto był z kim) i pograliśmy sobie dobre pół godzinki. Po tym czasie do gry z nami dołączyli "tubylcy", którzy na tym samym boisku grali sobie na drugim koszu. Stwierdziliśmy, że zagramy my przeciwko nim. No i cóż... dostaliśmy niezłe baty. Nasi konkurenci byli zdecydowanie lepiej zgrani, wyżsi, szybsi, byli po prostu lepsi i wygrali różnicą mniej więcej 20 pkt przy wyniku, w którym zwycięzcy mieli na koncie ok. 50 pkt. W międzyczasie na boisko dotarł kolejny z Magicznych Kibiców - jareck1. Po przywitaniu stwierdziliśmy, że pogramy jeszcze wspólnie z nowoprzybyłym zawodnikiem, który popisywał się tego dnia naprawdę świetną skutecznością i szybkością (z tym drugim nie ma się co dziwić, na co dzień trenuje on football amerykański). Niedługo potem wróciliśmy do hostelu, żeby zostawić sobie trochę sił na kolejne dni.

Po serii pryszniców przyszedł czas na wieczorne biesiadowanie. Dirk musiał się już w międzyczasie zwijać do domu, bo miał do niego spory kawałek, także jareck1 nie mógł z nami zostać zbyt długo, dlatego po wypiciu Heinekena, opędzlowaniu paczki chipsów i przeczytaniu na szybko najnowszego MVP zebrał się do domu, a my zostaliśmy i biesiadowaliśmy do 4 nad ranem. Śmiechu było co nie miara, tematy różne, ale oczywiście wiele przewijało się w nich Magii oraz ogólnie NBA. Był też youtube, piwko, a i parę kieliszków wody ognistej się znalazło, przez co mieliśmy tak doniosłe głosy, że pani Izabela raz musiała nam nawet zwrócić uwagę. Pouciszaliśmy się więc trochę nawzajem i w okolicy godziny 4 rozpoczęliśmy, praktykowany przez wszystkie kolejne wieczory, rytuał wspólnego mycia zębów, przy którym jak nie trudno się domyśleć - dużo było śmiechu i wygłupów (co można zobaczyć na zdjęciach - skrzatos umazany w paście). Po wyszorowaniu zębów poszliśmy spać.

Drugi dzień zlotu przywitał nas niestety deszczem. Mieliśmy nadzieję, że się rozpogodzi, jednak deszcz zamiast słabnąć coraz bardziej się nasilał. Stąd też zrodził się pomysł, żeby, skoro na dworze pada, pograć w hostelu... w NBA2k12. Do Deco ponownie zawitał Dirk, który miał ze sobą swojego pada. Zainstalowaliśmy grę na moim laptopie i zaczęło się granie (ja początkowo nie brałem udziału, bo raz że z NBA2k12 styczności, wstyd się przyznać, nie miałem, a dwa że po południu miałem zaplanowane odwiedziny u kuzynki). W sumie to zanim zaczęło się granie, to najpierw dobrą godzinę trwało ustawianie. Wszyscy chcieli jak najlepiej poustawiać swoje pady i gdy wydawało się, że są już na dobrej drodze... bialaas wszystko przypadkiem zresetował :D W końcu udało się zapisać ustawienia i już naprawdę zaczęła się gra.

Najpierw sparing, skrzatos w drużynie z Piotrkiem, zając z białym, dwóch na dwóch, turniej uliczny wybranymi uprzednio teamami. Ta rozgrywka tak rozkręciła wszystkich, że postanowili zrobić turniej 1 na 1. Udział brali: bialaas [Wolves], Dirk [Thunder], skrzatos [Magic], Piotrek [Heat], Wrocka [Celtics] i zając [Knicks] (drużyny wybrane w kolejności losowania). Zawodnicy zostali podzieleni (także drogą losowania) na 2 grupy po 3 osoby i mieli do rozegrania mecze każdy z każdym z danej grupy. Mecze były zacięte, ale oczywiście wszystko było rozgrywane w sympatycznej atmosferze fair play. Po wielu emocjonujących pojedynkach najlepszymi zawodnikami, którzy dostali się do wielkiego finału, okazali się Piotrek i zając. Finał został rozegrany już następnego dnia rano, a wielkim zwycięzcą został zając! Gratulacje Dude!!!

W międzyczasie gdy w Deco emocje związane z NBA2k12 sięgały zenitu, ja i kate wybraliśmy się do wspomnianej kuzynki w odwiedziny. Nie było nas w hostelu około 3 godzin, a co do samej naszej wycieczki wspomnę tylko, że jazda samochodem po Krakowie w piątkowe popołudnie wymaga naprawdę dużej cierpliwości kierowcy ;-) Gdy my byliśmy w odwiedzinach reszta ekipy rozgrywała kolejne mecze, w międzyczasie udając się na obiad do pobliskiej budki z kebabami oraz znajdującego się równie blisko Chinola.

Wracając od kuzynki zajechaliśmy z kate do Biedronki w celu zakupienia dla skrzatosa nagrody za zeszłoroczne pokonanie mnie 1 na 1 w kosza - zgrzewki piwa, jak było ustalone. Niedługo po wejściu do Biedronki naszym oczom ukazały się 4-paki Żubra w promocyjnych, powiększonych nieco, puszkach i szybko podjąłem decyzję, że zestaw 6 takich 4-paków będzie dla skrzatosa jak znalazł. Po zakupieniu "pucharu" wróciliśmy do reszty, a ja wszedłem dumnie ze zgrzewką do pokoju wywołując skrzatosa na środek w celu wręczenia mu zasłużonej nagrody. Ten był niesamowicie zadowolony, uniósł "puchar" wysoko i był w tym momencie zwycięzcą pełną gębą. skrzatos okazał się wspaniałomyślny, bo stwierdził, że nagroda będzie mu smakować najlepiej w momencie gdy podzieli się nią z innymi, dlatego każdy dostał pozwolenie na częstowanie się Żubrem, gdy ktoś będzie miał ochotę. Wizyta u kuzynki wzmogła we mnie i kate apetyt, reszta zlotowiczów była już wcześniej na obiedzie, dlatego zostawiliśmy resztę jeszcze na chwilę i poszliśmy do wspomnianej pobliskiej budki na kebaba, który trzeba przyznać - był naprawdę świetny. Po powrocie z obiadu stwierdziłem z Kimim, że skoro nie bierzemy udziału w turnieju w NBA2k12, to zagramy sobie sparing (oboje z padami jak i samą grą mieliśmy do czynienia bardzo niewiele). Nasz pojedynek można określić mianem "happy basket", ponieważ byliśmy nieprzyzwyczajeni do padów, nie znaliśmy konfiguracji przycisków i co chwila zdarzało nam się rzucać z połowy albo spod własnego kosza, w momencie gdy zamiast podania wciskaliśmy przycisk rzutu. Zabawa jednak była fajna, a ostatecznie mnie udało się wyjść z pojedynku zwycięsko, choć wynik nie miał dla nas żadnego znaczenia.

Kolejną atrakcją tego dnia było nasze umówione spotkanie z kolejnym zlotowiczem i zarazem naszym redaktorem - Michaelem, który podczas pobytu w Krakowie nocował u swojej siostry, która w tym mieście mieszka ze swoim chłopakiem. Michael odwiedził nas razem ze swoją dziewczyną - Patrycją, jak również wspomnianą siostrą - Magdą i jej chłopakiem - Dawidem. Oprócz Michaela reszta jego kompanów nie interesowała się zbyt mocno NBA, jednak nie przeszkodziło nam to w znalezieniu wspólnego języka i świetnej zabawie do późna. Dołączyli oni do nas dość późno, bo do Deco mieli spory kawałek i gdy do nas dotarli było po 22. Szybko się przywitaliśmy i przedstawiliśmy z nowo poznanymi osobami i zaczęły się zdjęcia z szalikiem Orlando Magic, który jakiś czas temu podarowałem Michaelowi.

Po jakimś czasie postanowiliśmy wprowadzić w życie pewien pomysł, który od jakiegoś czasu omawiałem już ze skrzatosem - a mianowicie zmianę jego fryzury. skrzatos zainspirowany moim image stwierdził, że chciałby przetestować jak to jest nie mieć włosów. Już dzień wcześniej nosiliśmy się z zamiarem zabawy w zakład fryzjerski, ale jak nam się o tym przypomniało to była jakaś 2 w nocy i stwierdziliśmy (z pomocą Kate, która popatrzyła na nas groźnym wzrokiem), że lepiej będzie odłożyć to na kolejny dzień. Główny bohater wciąż się jednak wahał czy chce być łysy, dlatego też gdy poszliśmy po maszynkę do samochodu w składzie jin, skrzatos, zając, to zaraz po jej wyjęciu z bagażnika uruchomiliśmy ją (jeszcze przy samochodzie, maszynka jest na akumulatorek) i strzeliliśmy skrzatosowi łysy pasek przez sam środek głowy (oczywiście za jego zgodą) by już w hostelu nie mógł się wycofać. Wracając do Deco wzbudziliśmy niemałe zainteresowanie u pani Marzenki z recepcji, a skrzatos stwierdził, że chce mieć z nią zdjęcie, przypominam - z łysym paskiem przez środek głowy. Cyknąłem im fotę, następnie pani Marzena cyknęła nam razem, po czym poszliśmy do łazienki dokończyć dzieła strzyżenia, a skrzatos obiecał, że jak już będzie wyglądał normalnie to znów przyjdziemy na zdjęcie.

No i zaczęliśmy "wyłysianie" skrzatosa. W międzyczasie robiliśmy zdjęcia różnych etapów wyglądu strzyżonego i od śmiechu aż bolały nas brzuchy. W końcu jednak skrzatos był już elegancko obcięty, co oczywiście trzeba było uczcić kieliszeczkiem czegoś mocniejszego ;-) Następnie zrobiliśmy kolejne zdjęcia z panią Marzeną, potem była cała masa zdjęć w pokoju (Magda - siostra Michaela, robi kozackie miny), a Kimi dopadł do internetu i zapuszczał swoje ulubione hity, które podobały się tylko jemu ;-) Atmosfera po raz kolejny była przednia, a w całym pokoju było widać gadżety związane z Magic - od czapeczek, przez koszulki, po szaliki. Michael z brygadą posiedzieli z nami całkiem sporo czasu, jednak gdy było już długo po północy, stwierdzili że muszą wracać do siebie. Odprowadziliśmy ich więc przed Deco, starając się z miarę zachować ciszę, jeszcze chwilę pogadaliśmy i nasi współtowarzysze odjechali. Reszta ekipy wróciła do pokoju, gdzie humor wciąż nas nie opuszczał i po jeszcze kilkudziesięciu minutach śmiechu i zabawy poszliśmy spać. Aha – wcześniej było oczywiście rytualne mycie zębów :-) Tak minął drugi dzień...

W sobotę obudził mnie telefon od LaBlacheOne, który zadzwonił koło 11, że jest już na dworcu i zaraz włącza GPS i kieruje się do nas. W tym czasie Piotrek i zając już grali finałowy mecz w NBA2k12. Rafał (LBO) dotarł do nas po około 20 minutach, a witaliśmy go już w oknie gdy zauważyliśmy go maszerującego w oldschoolowym bezrękawniku Magic. Rafał był po podróży dość spragniony toteż od razu poczęstowaliśmy go Żubrem. Po spożyciu napoju, jako że pogoda była przednia, a słonko aż się pchało oknami, przebraliśmy się szybko i stwierdziliśmy, że idziemy na boisko pograć w kosza (w międzyczasie dotarł do nas ponownie Dirk, niegdyś zwany jasieniem). Idąc na boisko postawiliśmy sobie za cel znaleźć tym razem miejsce o podłożu tartanowym, a'la Orlik. Ostatecznie nam się to udało, ale nie znając okolicy - nadłożyliśmy kawałek drogi, co spowodowało, że zamiast iść 15 minut, szliśmy 25. Nikt się jednak tym nie martwił, tym bardziej, że zaraz przy boisku pozyskaliśmy do gry dodatkowego zawodnika, którym okazała się niejaka Alicja. Poznaliśmy ją pytając o drogę na boisko, a byliśmy pewni, że wie gdzie takowe się znajduje, bo szła z piłką pod pachą. Alicja również się ucieszyła, że spotkała taką ekipę, bo właśnie wracała z boiska, na którym były pustki, dlatego była zadowolona na myśl o pograniu z nami.

Na boisku po krótkiej rozgrzewce, na pierwszy ogień poszedł mój rewanż ze skrzatosem, za pojedynek 1 na 1 sprzed roku (przypomnę, że sromotnie go przegrałem po świetnej drugiej połowie i skuteczności skrzatosa zza linii trzech punktów). Najpierw osobiste o to kto zaczyna, mój niecelny, skrzatos trafił, on zaczynał. Sam mecz również zaczął się lepiej dla mojego rywala, który po kilku akcjach wyszedł na prowadzenie 4-1. Wtedy jednak skuteczność skrzatosa opuściła, a ja zanotowałem run 9-1 i na umówioną przerwę schodziliśmy przy wyniku 10-5 dla jinglesa. Drugą część spotkania skrzatos zaczął od celnej trójki (w naszej punktacji dwójki) i wydawało się, że zaraz zrobi się bardzo ciekawie. To jednak nie był dzień skrzatosa, ja z kolei wykorzystywałem przewagę fizyczną grając dużo w post-up, trafiłem też kilka trójek i ostatecznie udało mi się zrewanżować pokonując gracza z numerem 16 na koszulce wynikiem 21-11.

Po meczu dołączyła do nas reszta ekipy i graliśmy podzieleni na dwie drużyny. W międzyczasie dołączył do nas railwayman, który szybko przebrał się w granatową koszulkę Orlando Magic z nazwiskiem Hardaway'a na plecach, następnie chwilę porozmawialiśmy o możliwościach transferowych Orlando i zaczęła się gra na całego. Na szczęście mieliśmy nadmiar zawodników, dzięki czemu mogliśmy się zmieniać, bo słońce świeciło non stop i było bardzo gorąco. Apropos słońca, jak już wcześniej było wspomniane, dzień wcześniej pozbyliśmy skrzatosa włosów na głowie, a jako że nie był on do tego przyzwyczajony - głowa mu się porządnie opaliła, o efektach czego będzie jeszcze później... Grało się bardzo fajnie, poziom był wyrównany i każdy mógł sobie pograć. Około 15 LaBlacheOne musiał się zbierać na dworzec ponieważ o 16 miał pociąg, razem z bialaasem poszliśmy więc z Rafałem do Deco by mógł się odświeżyć po grze i pomaszerować na pociąg. W hostelu znaleźliśmy jeszcze chwilę by pogawędzić sobie o tatuażach, bo jak się okazało - każdy z naszej trójki co najmniej jeden takowy już posiadał i planował kolejne. Po tej wymianie zdań LaBlacheOne pomaszerował na pociąg, a ja z bialaasem wróciliśmy na boisko. Tam pograliśmy jeszcze trochę ze znajomymi Alicji, którzy w międzyczasie pojawili się na boisku po czym, gdy głód zaczął nam doskwierać, stwierdziliśmy że wracamy się umyć, a następnie posilić.

Po serii pryszniców udaliśmy się do pobliskiej chińskiej knajpki na obiad. Każdy zamówił na co miał ochotę i po odczekaniu kilkunastu minut podano nam całkiem okazałe porcje. Pierwszy zamawiał i odbierał swoje jedzenie railwayman, który o 18 musiał się zbierać do domu (tu ciekawostka - railwayman, lub po polsku kolejarz, nawet samochód ma w pięknym, niebieściutkim kolorze Magii ;-)). Po zjedzeniu swojej porcji kolejarz pożegnał się i nas opuścił, gdyż miał jeszcze spory kawałek do przejechania, my zaś dokończyliśmy opróżnianie swoich talerzy i udaliśmy się z powrotem do Deco. W drodze powrotnej ja i Kate nabraliśmy ochoty na spacer na Rynek i Wawel, gdzie mieliśmy spotkać się z Michaelem i Patrycją, reszta stwierdziła, że ma ochotę na poobiednią drzemkę więc umówiliśmy się, że dołączą do nas później. My pomaszerowaliśmy więc do najbardziej charakterystycznych miejsc Krakowa, zaś reszta udała się na spoczynek.

Spacerek był bardzo sympatyczny, pogoda sprzyjała więc szybko doszliśmy na Rynek. Tam pokręciliśmy się trochę i obraliśmy kurs na Wawel. Wtedy to zadzwonił do mnie Michael i spytał: "Smoq wiesz gdzie ja jestem? U naszego najlepszego przyjaciela!". Nie musiałem się długo zastanawiać by dojść do wniosku, że chodzi mu o... Smoka Wawelskiego :-) Szybko oszacowałem, że mnie i Kate do Smoka zostało jakieś 7 minut marszu co bardzo ucieszyło Michaela, który stwierdził, że poczekają na nas z Patrycją. Gdy doszliśmy do Smoka cyknęliśmy sobie z nim kilka fotek, popatrzyliśmy jak zieje ogniem, po czym udaliśmy się na statek-restaurację na zaproponowane przez Patrycję piwko. Po kilkudziesięciu minutach rozmowy przy złotym trunku pożegnaliśmy się z naszymi kompanami i rozeszliśmy się, Michael z Pati do mieszkania siostry, my z powrotem do Deco. Gdy wracaliśmy zadzwonił zając z informacją, że oni są już w drodze do nas, umówiliśmy się więc, że spotkamy się na trasie. Gdy grupa zlotowiczów zobaczyła nas w oddali, stanęli i zaczęli bić brawo. Nie do końca wiedzieliśmy o co chodzi, ale było fajnie, dopiero potem okazało się, że bicie brawa staje się naszą nową tradycją odkąd to Wrocka, która w opinii większości (szczególnie skrzatosa i zająca) była dość małomówna, popisała się nagle dość długą wypowiedzią skierowaną do Piotrka, za co otrzymała sowite oklaski ;-).

Po powrocie na Rynek stwierdziliśmy z Kate, że my maszerowania mamy już dosyć, dlatego też udaliśmy się do Deco podczas gdy reszta stwierdziła, że pokręci się jeszcze trochę po Starym Mieście. Długo nie musieliśmy czekać na powrót pozostałych zlotowiczów, którzy po drodze zrobili jeszcze w Żabce małe zakupy na wieczór. Po ich powrocie wszyscy byli trochę rozleniwieni, skrzatos zaś zaczął poważnie żałować swojej decyzji o zmianie fryzury, gdyż słońce które przez pół dnia świeciło na jego obciętą głowę spowodowało, że cały wieczór musiał siedzieć z zimnym okładem na głowie, bo ta aż go parzyła. To jednak nie przeszkodziło nam w ostatnim wieczorze dobrej zabawy i śmiechu. Przypomniało nam się, że nie otworzyliśmy jeszcze wina, które przywiózł Piotrek, a które było wyrobem jego taty. Winko okazało się słodkie, a większość butelki spożyła Kate, która takie właśnie wina lubi. Ponownie zaczęliśmy też puszczać różne śmieszne, a często głupkowate filmiki na youtube. Hitem okazał się teledysk puszczony przez zająca w wykonaniu niejakiego Czosnka. Jest to przeróbka (parodia) amatorskiej piosenki hip-hopowej śpiewanej przez dość śmiesznych, młodych ludzi, która spowodowała, że przez kilkadziesiąt minut wszyscy dosłownie płakaliśmy ze śmiechu, a filmik ten puszczony był kilka, jeśli nie kilkanaście razy.

Spać tego wieczora szliśmy z uśmiechami na twarzach rozbawieni przez Czosnka i jego hip-hop squad :D Choć każdemu było też pewnie trochę smutno z tego powodu, że był to już ostatni wieczór zlotu. Nazajutrz nadszedł czas rozjazdów. Do godziny 11 musieliśmy opuścić pokój, więc kilka minut przed tą godziną zanieśliśmy wszystkie rzeczy do naszego samochodu i zdaliśmy klucz. Pierwszy swój pociąg miał zając dlatego po zostawieniu rzeczy w samochodzie udaliśmy się już na dworzec by odprowadzić pierwszego z odjeżdżających, który do pokonania miał prawie całą Polskę (z Krakowa do Białegostoku). Gdy zając siedział już w wagonie, a do odjazdu jego pociągu zostało kilka minut zaczęliśmy... bić mu brawo :D Ludzie patrzyli nieco dziwnie na brygadę młodych ludzi klaszczących na środku peronu, lecz my się tym nie przejmowaliśmy i akcję powtórzyliśmy kilka razy. Gdy pociąg ruszył raz jeszcze nagrodziliśmy zająca owacjami, a kilka minut później skrzatos odczytał nam smsa, w którym zając stwierdził, że do końca normalni to my nie jesteśmy :-) Do odjazdu kolejnej dwójki - Piotrka i bialaasa - mieliśmy jeszcze trochę czasu, poszliśmy więc posiedzieć sobie w parku na Błoniach i podelektować się ładną pogodą. Po jakimś czasie udaliśmy się pod Deco gdzie swoje bagaże z samochodu zabrali kolejni odjeżdżający i jako, że wracali obaj tym samym pociągiem, pomaszerowali sobie na dworzec we dwójkę, a my zostaliśmy już w ogródku obok hostelu. Kimi i Wrocka wracali do Pabianic razem ze mną i Kate by stamtąd udać się w dalszą podróż, dlatego ostatnią osobą, która czekała na wyjazd z Deco był skrzatos, czekający na noxiusa. Potowarzyszyliśmy mu jakiś czas, jednak mając przed sobą również kawałek Polski do przejechania nie czekaliśmy do przyjazdu jego kuzyna i po jakimś czasie pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w podróż. III Zlot Fanów Orlando Magic dobiegł końca...

Po raz kolejny, co Was zapewne nie zdziwi, muszę napisać, że kolejny zlot był fantastyczny! Ta relacja nie oddaje tej atmosfery, ją trzeba po prostu przeżyć. Dlatego mamy nadzieję, że za rok będzie nas jeszcze więcej. Niech MAGIA będzie z Wami!!!

▲ Ukryj ▲
IV Zlot Fanów Orlando Magic
Miejsce: Toruń | Termin: 11-14 lipca 2013 r. | Autor relacji: jingles | Zdjęcia ze zlotu
IV Zlot Fanów Orlando Magic był najliczniejszym z dotychczasowych, a odbył się w dniach 11-14 lipca w Toruniu. Tworzyliśmy silną grupę, przez którą przewinęło się łącznie 15 osób, wymieniam w kolejności alfabetycznej: Ademek, Agnieszka (dziewczyna Medy), Allen35, Biały, Jingles, Kate, Kimi, Kinga (dziewczyna Niva), Mcrock, Meda11, Niv, Piotrek027, Skrzatos, Wrocka, Zając. Tak liczna grupa dała nam pierwszy raz w historii możliwość bezproblemowego grania w basket na dwa kosze bez dodatkowych osób spoza naszej ekipy. Ale o tym za chwilę...

Czytaj więcej...
Dla mnie i Kate, podobnie jak przed rokiem, emocje zlotowe zaczęły się już w środę, bowiem tego dnia przyjechali do nas Piotrek i Skrzatos, by dnia następnego zapakować się z nami do samochodu i udać się w kierunku Torunia. Obaj panowie do miejsca docelowego mieli od siebie kawał drogi (Piotrek – Tarnów, Skrzatos – Niemcy), dlatego postanowili rozbić ją sobie na dwie części, co zaowocowało tym, że zagościli u nas już w środę. Piotrka odebraliśmy z dworca Łódź-Kaliska jakoś przed 17. Skrzatos czekał już na nas ze swoją mamą w Pabianicach i choć pomylili bloki i zaparkowali nie pod tym co trzeba, szybko ich znaleźliśmy. Po przywitaniu ze skrzatosem i pożegnaniu z jego mamą, która od razu udała się do Jędrzejowa, wzięliśmy tobołki i udaliśmy się do mieszkania numer 13 (w tym właściwym bloku ;-)).

Skrzatos uraczył nas kilkoma niemieckimi piwkami (zdrobnienie nieprzypadkowe, były to piwka 0,33), kilka było radlerów, kilka zwykłych, wszystkie bardzo smaczne. Zasiedliśmy więc, uraczyliśmy się złocistym trunkiem, chłopaki odpoczęli nieco po podróży, po czym stwierdziliśmy, że nie ma co w ładną pogodę siedzieć w domu (było cieplutko i świeciło słońce), a zamiast tego lepiej porzucać do kosza. Poszliśmy więc na orlik nieopodal naszego bloku, gdzie „na lajcie” zaczęliśmy grać „friendly games” 1 na 1. W międzyczasie mama Skrzatosa musiała wrócić z trasy, bo okazało się, że zastępca naczelnego w samochodzie w schowku zostawił swój portfel ze wszystkimi dokumentami, kartami i pieniędzmi. Gdy Skrzatos odebrał portfel od mamy i wrócił na boisko, grający samotnie na drugim koszu pabianicki ziomek zaproponował nam grę 2 na 2, na moje nieszczęście zgodziliśmy się...

Dlaczego na moje nieszczęście? – Już wyjaśniam. Otóż jakiś czas temu miałem kciuk w gipsie, podczas gry z kolegami z pracy doznałem jego stłuczenia i naderwania torebki stawowej po tym jak starając się zablokować wyrzucaną z autu piłkę, mój kciuk zaliczył bliskie spotkanie z dłonią wyrzucającego kolegi. Podczas gry 2 na 2 kontuzja mi się odnowiła po ponownym spotkaniu z ręką przeciwnika (tym razem w walce o piłkę), którym to przeciwnikiem był… Skrzatos. Ból był intensywny, ręka spuchła i musieliśmy wrócić do domu, a ja byłem święcie przekonany, że na zlocie sobie nie pogram, co prawie spowodowało depresję u Skrzatosa.

Po powrocie z boiska wykąpaliśmy się i poszliśmy po pizzę na kolację, do pizzy oczywiście piwko na trawienie, ale bez szaleństw, bo przecież nazajutrz rano jechaliśmy w podróż. W międzyczasie rozpocząłem kurację kciuka smarując go Voltarenem i zawijając bandażem w nadziei, że stanie się cud. Po kolacji posiedzieliśmy jeszcze trochę, pogadaliśmy, po czym udaliśmy się na spoczynek, by w czwartek wstać w miarę wcześnie i ruszyć do Grodu Kopernika.

W podróż wyruszyliśmy o godzinie 9.30. Pierwszym przystankiem było mieszkanie moich rodziców w Łodzi, gdzie zostawiliśmy naszego kota – Krasnusia (początkowo nazwałem go Dżej-Dżej, bo był szybki jak Redick, niestety to imię się nie przyjęło…). Następnie wyruszyliśmy już prosto w stronę Torunia, Skrzatos zgadał się z Wrocką, że ona wraz z Mcrockiem jest już w Toruniu i nie mogą się doczekać reszty. Jechało się przyzwoicie, choć okolice Włocławka były nieco rozkopane i tam mieliśmy spowolnienie, mimo to dojechaliśmy do Torunia chwilę przed 13. W międzyczasie odebrałem kilka telefonów i smsów od zlotowiczów chcących się dowiedzieć jak nam idzie podróż.

Gdy zajechaliśmy pod hostel okazało się, że totalnie nie ma tam gdzie zaparkować, tak by za to nie płacić – wszędzie parkomaty! Nie miałem zamiaru płacić za 3 dni stania pod hostelem (w Toruniu soboty też są płatne do godziny 15), zrobiliśmy więc kółeczko w poszukiwaniu jakiegoś miejsca parkingowego. Kółeczko zakończyło się porażką, ale z pomocą przyszedł nam Niv, który jest z okolic Torunia i spędził w nim kawał życia. Wróciliśmy więc pod hostel i oczekiwaliśmy na Niva, który miał nas zaprowadzić gdzieś, gdzie zaparkujemy za darmoszkę.

Wnieśliśmy bagaże do pokoju, Kate i Piotrek zostali na posterunku, a ja ze Skrzatosem zeszliśmy na dół oczekiwać na Niva. W międzyczasie zdzwoniliśmy się z Wrocką i Mcrockiem, którzy po chwili wyłonili się zza rogu i po przywitaniu (Mcrock widząc moją zabandażowaną rękę przywitał mnie tekstem – „co żeś zrobił sieroto” :D) dołączyli do Kate i Piotrka, ja ze Skrzatosem dalej czekałem. Po chwili zza innego rogu wyłonił się Niv, który po przywitaniu został naszym przewodnikiem. Nawet z nim na pokładzie nie było łatwo znaleźć parkingu, ale udało nam się w końcu zaparkować koło jakiegoś budynku mieszkalnego, po czym pomaszerowaliśmy w trójkę na ulicę Jęczmienną (tam mieście się hostel Orange Plus). Podczas marszu trochę zmokliśmy, bo deszcz stwierdził, że akurat ma ochotę popadać, pomyśleliśmy – „no dobra, lepiej teraz niż później, kiedy będziemy chcieli iść na orlik”.

Gdy dotarliśmy pod drzwi hostelu tam już czekał na nas Allen35, po przywitaniu z którym weszliśmy na drugie piętro do pokoju nr 8. Tam byli już kolejni zlotowicze – Biały i Zając. Przywitaliśmy się, po czym zadzwonił Ademek, że właśnie kupił mapę Torunia i również do nas pędzi. Faktycznie pędził, bo dosłownie po chwili był już na miejscu. To oznaczało, że z 11-osobowej ekipy noclegowej brakowało jeszcze tylko Kimiego, ale on miał być zgodnie z planem później. Wszyscy byli trochę głodni po podróży, dlatego stwierdziliśmy, że idziemy na miasto – rzecz jasna pod przewodnictwem Niva. Przewodnik polecił nam kilka miejsc, z których większością głosów wybraliśmy naleśnikarnię Manekin.

W Manekinie osób było sporo, ale udało nam się znaleźć dwa stoliki, co prawda mnie przypadło miejsce w przejściu, ale było ok. Wzięliśmy po piwku, zamówiliśmy naleśniki po czym dostrzegliśmy chłopaka w czapce Miami Heat, czego nie omieszkaliśmy skomentować, to z resztą wzbudziło dyskusję między innymi o LeBronie i Jasonie Kiddzie na ławce trenerskiej Nets. Po zjedzeniu naleśników poszliśmy na lody, nie każdy ja zamówił, bo niektórzy byli już pełni (z resztą ci co zamówili też byli pełni, ale Niv tak lody zachwalał, że część się skusiła). Lody faktycznie były świetne, a podczas wędrowania z nimi w stronę Wisły dostaliśmy mrożącego krew w żyłach smsa od Kimiego...

Kimi napisał (ujmę to własnymi słowami, bo sms nie nadaje się do cytowania ;-)), że skręcił na dworcu nogę w kostce i niestety do nas nie przyjedzie, bo właśnie siedzi z nogą obłożoną lodem. W kolejnym smsie dodał, że moooże jak z nogą będzie lepiej to dojedzie nazajutrz rano. Zrobiło nam się przykro, że taki wytrwały zlotowicz jak Kimi (dotychczas na wszystkich zlotach) nie zawita do nas przez kontuzję, po czym… dostałem kolejnego smsa, że jednak się od jego obecności nie wymigamy – skubaniec robił sobie z nas jaja! :D No ale najważniejsze było, że jedenasty noclegowicz pojawi się na zlocie, wróciliśmy więc z dobrych humorach do hostelu z myślą o tym by się przebrać i wykorzystując ładną pogodę – udać się na boisko. Tak też zrobiliśmy. Ja rozochocony również postanowiłem wystawić kciuk na próbę i zagrać, zawinąłem wcześniej rękę bandażem, posmarowałem Voltarenem i stwierdziłem: „Niech się dzieje wola nieba.”

Na orliku przywitał nas pan Andrzej (choć szczerze mówiąc nie mamy pojęcia jak on miał na imię, sami go tak ochrzciliśmy, Andrzej do niego pasowało :D), który poprosił żebyśmy nie wieszali się na obręczach. No ale jak to bywa z zakazami, czasem są po to by je łamać, dlatego Zając postanowił sprawdzić swój wyskok i złapał się obręczy, co spowodowało groźna minę i słowa pana Andrzeja. Więcej się nikt nie wieszał, trzeba było z opiekunem orlika żyć dobrze, bo boisko nie dość, że rzut beretem od hostelu, to naprawdę bardzo fajne. Po krótkiej rozgrzewce podzieliliśmy się na dwa zespoły i zaczęliśmy grać 4 na 4 z jedną zmianą. Kto był z kim – nieważne, dojdziecie może po zdjęciach ;-) Grunt, że grało się fajnie, mecz był wyrównany, atmosfera przyjazna, choć gra męska i twarda. W międzyczasie zadzwonił Kimi, że jest już na dworcu (który również był blisko orlika) i żeby nie przerywać gry wysłaliśmy po niego Kate i Wrockę, które kibicowały i robiły zdjęcia. Gdy Kimi dotarł zrobiliśmy przerwę na przywitanie, pośmialiśmy się z jego jajcarskiego smsa, pograliśmy jeszcze z godzinkę i postanowiliśmy wracać do Orange Plus.

Ponieważ zbliżała się godzina zamknięcia Biedronki (która oczywiście była blisko hostelu – tam wszystko było blisko :D), stwierdziliśmy że nie kąpiemy się ani nie przebieramy, lecz idziemy na zakupy, a wspomnianymi czynnościami zajmiemy się później. W międzyczasie Niv musiał opuścić nasze szeregi i udać się do pracy. W pokoju został tylko Allen, który złożył stosowne zamówienie u reszty. Zakupy poszły sprawnie i po powrocie do hostelu i zażyciu prysznica rozpoczęliśmy część wieczorną. W międzyczasie część ekipy poszła jeszcze do McDonald’s na kolację, a ich nieobecność ci co zostali (ja, Kate, Biały i Allen) postanowiliśmy wykorzystać na sprawienie im niespodzianki. A mianowicie wykleiliśmy na ścianie wielki napis: IV ZLOT FANÓW ORLANDO MAGIC TORUŃ 2013. Naklejał Biały, ja podawałem, a Kate i Allen wspierali nas i zabawiali różnymi gadkami. Efekt robił wrażenie, co można zobaczyć na zdjęciach, zrobił też wrażenie na reszcie, która wróciła z kolacji. W tym momencie przyszła też pora na koronację, jak pamiętacie z poprzedniej relacji, na III Zlocie powziąłem rewanż na Skrzatosie w meczu 1 na 1 za porażkę na zlocie nr 2, nagrodą tym razem były dwa półlitrowe puchary z napisem STOCK :D

[Słów kilka od Skrzatosa: „Romantyczne kolacje w MC” to był nasz taki zlotowy rytuał z Mcrockiem, każdego dnia, jeden raz lub więcej, wybieraliśmy się do McDonalda by wrzucić coś na ruszt. Nie każdy zawsze miał ochotę na takie jedzenie, ale grupa zawsze liczyła więcej niż 2 osoby. Co do kupna alkoholu, znowu trafiłem na niezbyt przyjemną panią, która w sklepie pracowała chyba za karę, ale skoro już tam była to musiałem ją poprosić o profesjonalną obsługę czyli zawinięcie jakże cennych napoi wyskokowych w papier i włożenie w reklamówkę, bo oczywiście sprzedawczyni nie zawsze wie, że tak się robić powinno.]

Teraz mieliśmy już wszystko co potrzebne do wieczornej biesiady, puchary poszły w ruch, rozmowy obfite w tematy koszykówki, Orlando Magic, Streetball Wołomin, itp. również, nikt się nie nudził i panowała świetna atmosfera. By ją jeszcze poprawić puściliśmy ze Skrzatosem piosenkę, którą polecił mi kumpel z pracy, a która została przez nas okrzyknięta hymnem zlotu – możecie posłuchać jej TUTAJ. Gdy wybiła godzina meczu Orlando w lidze letniej, postanowiliśmy obejrzeć to spotkanie. Niestety internet po WIFI działał jakby chciał, a nie mógł, dlatego postanowiliśmy udać się całą ekipą na przedpokój, gdzie był komputer stacjonarny z internetem po kablu, który w miarę nieźle działał, tam oglądaliśmy mecz, niestety bez głosu. Było to spotkanie, w którym game-winnera rzucił Oladipo, mieliśmy zatem powody do wielkiej radości.

Po meczu część osób udała się już na spoczynek, części jeszcze spać się nie chciało, były też towarzyskie mecze w NBA2k13. Ja postanowiłem poleżeć pół godzinki po czym orzeźwiony wstać i jeszcze trochę z resztą posiedzieć, niestety gdy się położyłem zrobiło mi się tak błogo, że obudziłem się… następnego dnia przed południem ;-) W czasie mojego snu część zlotowiczów, która jeszcze nie spała postanowiła uruchomić wyobraźnię i zmodyfikować nieco nasz napis na ścianie. Po wielu godzinach burzliwej rozkminy i litrach wylanych ze śmiechu łez w końcu wyklarował im się ostateczny efekt. Gdy przebudziłem się kolejnego dnia od razu zapytano mnie czy wiem co to jest „fotońon”, nie byłem pewien czy jeszcze się do końca nie obudziłem, czy może inni majaczą przez sen, wszystko zrozumiałem gdy spojrzałem na ścianę, nowa wersja naszego napisu brzmiała: VI WÓDA TMACA RZUL ROLNIG FOTOŃON 1023 :D Przyznacie, że oryginalne? Przy okazji ogłaszam konkurs: co to jest „fotońon” (koniecznie w takiej formie pisowni)? Odpowiedzi proszę umieszczać na shoutbox, nagrody nie ma ;-)

Opis piątku można rozpocząć od cytatu z piosenki „Dziewczyna bez zęba na przedzie” zespołu Kult: „…ten dzień przywitał nas ulewą…”. Deszcz niestety padał intensywnie i bezustannie i dość szybko zdaliśmy sobie sprawę, że z grania w kosza tego dnia mogą wyjść nici. Dlatego też postanowiliśmy rozpocząć turniej w NBA2k13. Do niego zgłosili się wszyscy poza Kate, która jako, że była moim managerem i trenerem, zgodnie z zasadami nie mogła już brać czynnego udziału jako gracz ;-) Szybko rozlosowaliśmy kolejność wyboru drużyn, ustawiliśmy lapka na specjalnym kartonowym podeście i rozpoczęły się emocje związane z turniejem. W międzyczasie, gdy toczyły się już mecze, dojechał do nas Niv. Niewiele myśląc dołączyliśmy Niva do grającej ekipy, która liczyła w tym momencie już 11 osób. Po kilku kolejnych spotkaniach zgłodnieliśmy, podobnie jak dnia poprzedniego skierowaliśmy się więc w miejsce polecone przez przewodnika Niva – tym razem była to pizzeria Montenegro. Tam jak zwykle poza dobrym jadłem i smacznym piwkiem sporo było śmiechu, a Niv zrobił nam lekcję z miejscowego slangu (jak to było – „luntryk”? ;-)). Gdy już się najedliśmy i napiliśmy, nabraliśmy ponownie ochoty na kontynuowanie turnieju w 2k.

Po powrocie do hostelu zaraz zasiedliśmy do kolejnych spotkań, po czym Niv musiał udać się po swoją lepszą połowę, która również miała zaszczycić nas swoją obecnością. Po kilku chwilach do pokoju weszli Kinga i Niv (Allen ścierał akurat rozlaną na podłogę whisky z colą ;-)). Szybkie przywitanie, przedstawianie się, potem kilka minut rozmowy i już nam się wydawało, że także z Kingą znamy się od wieków ;-) Tak sobie siedzieliśmy w pokoju jeszcze jakiś czas grając, rozmawiając i zacieszając, aż w końcu stwierdziliśmy, że deszcz nie może być powodem tego, że cały dzień spędzimy w czterech ścianach hostelowego pokoju. Stwierdziliśmy, że idziemy na miasto. Jednym z celów jakie obraliśmy był klub studencki Kadr – zaraz obok pizzerii Montenegro, w której byliśmy wcześniej. Ponieważ cały czas siąpił deszcz, to nie kombinowaliśmy tylko udaliśmy się od razu tam. W środku miejsca nie było za wiele, a my ekipę mieliśmy sporą, dlatego usiedliśmy w ogródku na zewnątrz. Zamówiliśmy po piwku, deszcz ciągle padał i powodował, że zbyt ciepło nie było, zimne piwo też nas nie rozgrzewało, dlatego po wypiciu jednego złocistego trunku stwierdziliśmy, że te nasze cztery ściany nie były jednak takie złe. Została podjęta decyzja, że na kolejne piwko wracamy do pokoju – będzie taniej i cieplej :-)

Tu wtrącę, że na zlot zaprosiłem też wspólnie z Kate jej koleżankę z pracy – Agnieszkę, która nie ma zielonego pojęcia o NBA (choć Oladipo zna, bo jej się kazałem nauczyć :D). Tak się składa, że Agnieszki do spontanicznych wyjazdów dwa razy namawiać nie trzeba, dlatego doprosiła jeszcze jedną koleżankę i dwóch kumpli i w składzie Aga, Ela, Jarek i Michał postanowili odwiedzić nas w Toruniu. Niestety w naszym hostelu nie było już miejsca, dlatego wynajęli sobie inny – dokładnie naprzeciwko Biedronki, w której robiliśmy zakupy. A dlaczego wspominam o tym w tym miejscu? – Ano dlatego, że spotkaliśmy tą wesołą brygadę wracając do hostelu. Po szybkim przywitaniu część z nas stwierdziła, że idzie do McDonald’s coś przekąsić, część wróciła do pokoju. W Macu każdy zjadł na co miał ochotę po czym wróciliśmy do hostelu, do którego wcześniej udali się już Kate i brygada znajomych z pracy. Nie posiedzieli oni u nas zbyt długo, bo byli zmęczeni podróżą, dlatego główną część wieczoru spędziliśmy w gronie zlotowiczów zasadniczych, że tak to ujmę ;-) Wieczoru, który obfitował zarówno w dobre, jak i niestety złe emocje...

Dobrych nie trzeba długo szukać – dużo śmiechu, napoje rozweselające, rozmowy o Orlando Magic czy świetna atmosfera turnieju w NBA2k, zwieńczona pojedynkiem pomiędzy mną a Mcrockiem, który zakończył się po… 4 dogrywkach! (no dobra pochwalę się – wygrałem :D). Niestety dobre humory postanowiła nam popsuć pani recepcjonistka. Tu dodam, że panie recepcjonistki przez cały nasz pobyt w hostelu nie były zbyt miłe, były to młode osoby i wydawało się, że się z nimi fajnie dogadamy – tak jak to było rok wcześniej w Krakowie. Nic z tego, panie te miały miny jakby musiały siedzieć w Orange za karę, a już największy popis dała pani Małgorzata Kruszyńska, która na nieszczęście miała dyżur tego wieczora. Zaczęło się od tego, że wygarnęła Ademkowi, że jesteśmy za głośno. Ademek zgłupiał, bo gdy podszedł pod drzwi naszego pokoju to okazało się, że wcale nie jest głośno, co innego w innym pokoju, z którego dobiegały dźwięki, o czym Ademek raczył szanowną panią poinformować. Następnie pani stwierdziła, że Niv i Kinga przebywają w hostelu nielegalnie i ponieważ jest po 22, muszą opuścić hostel. Poszedłem porozmawiać z panią i bardzo, ale to bardzo grzecznie poprosić by mogli zostać jeszcze godzinę, tłumaczyłem że są z okolic i chcą tylko posiedzieć z nami jeszcze chwilę, a potem sobie pójdą. Nic z tego, pani z miną wielkiego zniesmaczenia oznajmiła mi, że jeśli goście w tej chwili nie opuszczą hostelu to wezwie ochronę. Ręce mi opadły...

Nie było sensu się kłócić, wróciłem do pokoju i oznajmiłem, że musimy się zwijać. Niv zadzwonił po tatę, który miał ich odebrać i wyszliśmy na zewnątrz. Ponieważ padało stanęliśmy sobie pod daszkiem, gdzie jakieś 90% naszych wypowiedzi dotyczyło pani Małgorzaty, choć wtedy nazywaliśmy ją zupełnie inaczej. Gdy Kinga i Niv odjechali, wróciliśmy do hostelu, a ja i Skrzatos poprosiliśmy panią o jej dane, żeby móc wystawić jej „referencje” na stronie z opiniami o hostelach. Dalszy ciąg wieczoru przebiegł już spokojnie, pograliśmy jeszcze trochę i każdy o swojej porze udał się do krainy snu.

W sobotę czekała na nas kolejna atrakcja, a była nią wizyta dwóch kolejnych osób, mieli nas bowiem odwiedzić mieszkający w pobliskiej Bydgoszczy Meda11 i jego dziewczyna – Agnieszka. Około południa Meda napisał mi, że zbliżają się do Torunia, poszliśmy więc z Kate na powitanie nowym zlotowiczom. Agnieszkę i Adama spotkaliśmy nieopodal dworca, poznaliśmy ich po szaliku Orlando, którym Meda wywijał. Nastąpiło szybkie powitanie i już maszerowaliśmy do pokoju, a ja żaliłem się jakie to niedobre recepcjonistki mamy w Orange. Po przyjściu do hostelu uraczyliśmy się z nowo przybyłymi Leżajskiem z Biedronki, po czym stwierdziliśmy, że spragnieni gry w kosza po piątkowych deszczach idziemy na boisko. Nawet Meda zareagował na ten pomysł z entuzjazmem, mimo że nie miał odpowiedniego stroju i musiał grać w jeansach.

Nie przeszkodziło mu to na szczęście w rozegraniu dwóch dobrych kwart, dwie kolejne już odpuścił wcielając się w rolę trenera i zarazem GMa. Grało się bardzo fajnie, nie było zbyt gorąco, boisko tylko miejscami było nieco wilgotne i bez problemu rozegraliśmy niezwykle emocjonujące starcie zakończone wynikiem 102-100 dla… dla zwycięzców :D Po meczu postanowiliśmy rozgrać konkurs rzutowy, w którym do wygrania była książka „Dennis Rodman. Powinienem już być martwy.”, do zawodów stanęli wszyscy, jednak ci którzy książkę już posiadali nie brali udziału w batalii o nią. Konkurs polegał na zbieraniu punktów za rzuty osobiste, z półdystansu oraz dystansu – po 5 z każdego miejsca, punktowane standardowo jak w meczu (osobiste za 1, półdystans za 2, dystans za 3). Bezkonkurencyjny okazał się Ademek, który uzbierał bodajże 16 pkt i to on stał się posiadaczem książki (którą prawie w całości pochłonął w pociągu wracając ze zlotu :-)).

Czas na boisku płynął bardzo szybko, a ponieważ Meda i Aga musieli wracać pociągiem około godziny 17 (wzywały ich obowiązki nazajutrz rano), rozdzieliliśmy się i część osób została na boisku, a część wróciła z Bydgoszczaninami do hostelu. Tam wspomniana dwójka odświeżyła się przed podróżą i wyszliśmy z nimi na miasto. Po kilkunastu minutach spaceru Aga i Meda udali się na dworzec, a my (ja, Kate, Wrocka i Allen) poszliśmy na obiad. Wybraliśmy chińską restaurację, ale niestety jako że nie było z nami Niva – wybraliśmy kiepsko. Knajpka co prawda wyglądała przyjemnie, ale jedzenie mieli słabe. Mimo to najedliśmy się, a później poszliśmy na miasto w poszukiwaniu pierników i pamiątek (rozszalał się Allen, który kupował na potęgę ;-)).

[Słów kilka od Skrzatosa: Gdy część zlotowiczów wybrała się na „Chinola” ja z mcrockiem i piotrkiem027 wybralismy się ponownie… nie, tym razem nie do McDonalda, ale do pizzerii w której dzień wcześniej gościliśmy. Pizza i piwko w bardzo przyjemnej atmosferze.

Po pożegnaniu medy i Agnieszki, część z nas została jeszcze na Orliku. Graliśmy (skrzatos, ademek, mcrock, białaas, piorek027, zając) na luzie i nie broniliśmy blisko, popisywaliśmy się za to fajnymi (często przypadkowymi) zagraniami jak np. pass między nogami, albo kilka milimetrów od twarzy przeciwnika. Zając za to robił no look passy do ogrodzenia, a ademek bił rekord Redicka z NCAA w trafianiu trójek. Po meczu chcieliśmy panią z Orlika zaprosić na piwko, ale na pytanie Białego „Nie może Pani pić na służbie?” odpowiedziała twierdząco. Tak więc w męskim gronie skosztowaliśmy ciepłe tatry z puszki i udaliśmy się w stronę Hostelu. Po drodze natknęliśmy się na prawdziwe kino akcji, a mianowicie mieliśmy okazję zobaczyć jak kręcą tvn-owski szpital. Niestety za późno się o tym zorientowaliśmy, bo przeszło nam przez myśl, by się położyć na ulicy i sprawdzić czy karetką by się zatrzymała, co otworzyło by nam drogę do kariery filmowej.]

Po naszym powrocie i powrocie koszykarzy zaczęliśmy planować ostatni wieczór na zlocie. Po raz kolejny postanowili nas odwiedzić Niv z Kingą, mimo że mój kompan od kibicowania Milanowi kończył późno pracę, to postanowił wpaść do nas i się pożegnać. Wcześniej ja i Kate udaliśmy się do naszych znajomych, z którymi poszliśmy na piwo do pubu, a gdy Niv zadzwonił, że już czekają na nas pod hostelem – wróciłem do brygady Orlando-maniaków :D Wieczór był spokojny, ale jednocześnie bardzo fajny. Robiliśmy wspólne zdjęcia i cieszyliśmy się ostatnim wieczorem, jednocześnie już rozpaczając, że nazajutrz trzeba się rozjechać po całej Polsce.

W sobotę odbył się także finał w NBA 2k13. Zwycięzcą okazał się Skrzatos, który po emocjonującym meczu pokonał Mcrocka. Cały turniej był bardzo emocjonujący i obfitujący w świetne pojedynki, ale przede wszystkim ogrom dobrej zabawy i rywalizacji fair-play. Gratulacje dla Skrzatosa za zwycięstwo! Za rok też będziemy grać!

W niedzielę musieliśmy wstać nieco wcześniej niż w pozostałe dni, bo do południa musieliśmy się wymeldować z hostelu, a biorąc pod uwagę humorki pań z obsługi – woleliśmy nie ryzykować po raz kolejny niemiłej atmosfery. Dlatego grzecznie się spakowaliśmy i przed godziną 12 opuściliśmy hostel. Bagaże zostawiliśmy w naszej Skodzie i postanowiliśmy iść jeszcze na miasto na obiad. Naszym celem stała się pierogarnia, w której serwowano zarówno pierogi z wody jak i zasmażane. Standardowo w restauracji było nam niezmiernie wesoło, o czym niech świadczy fakt, że w ptaku, który nagle do nas przyleciał (siedzieliśmy w ogródku na zewnątrz) każdy widział inny gatunek, od wróbla do bociana :D

Po obiedzie i powrocie do samochodu zaczęliśmy się powoli rozchodzić, obiecując sobie, że widzimy się najdalej za rok. Najpóźniej z Torunia wyjeżdżał Allen, a my mając jeszcze kawałek drogi do Pabianic nie czekaliśmy z nim już do końca i między 14 a 15 wyruszyliśmy w podróż. Razem ze mną i Kate do Pabianic wrócili Piotrek i Skrzatos, wieczorem posiedzieliśmy sobie jeszcze wspominając zlot przy kolacji, a w poniedziałek po południu odwiozłem chłopaków na dworzec Łódź-Kaliska, skąd najpierw Piotrek udał się pociągiem do Tarnowa, a następnie Skrzatos autokarem do Jędrzejowa. Tym samym rozstałem się z ostatnimi zlotowiczami i wróciłem do szarej rzeczywistości.

Ale żeby nie kończyć w ten sposób napiszę, że dla takich imprez jak nasze zloty warto żyć. To niesamowite, że tyle różnych osób spotyka się w jednym miejscu i dzięki wspólnej pasji potrafi się ze sobą dogadywać jakby ich znajomość trwała od lat i jakby widywali się codziennie. Po raz kolejny do zlotu dołączyły nowe osoby i mamy nadzieję, że tak będzie co rok. A na kolejny zlot już mamy pewne ambitne plany, np. stworzenie w profesjonalnej drukarni wielkiej flagi, której głównym motywem będzie Orlando Magic i nasz zlot. A zatem… dzięki i do zobaczenia za rok!

▲ Ukryj ▲
V Zlot Fanów Orlando Magic
Miejsce: Łódź | Termin: 10-13 lipca 2014 r. | Autor relacji: jingles | Zdjęcia ze zlotu
[Tym razem relacja będzie napisana z perspektywy wszechwiedzącego narratora, występującego w trzeciej osobie.]

Czas leci szybko, a rok 2014 przyniósł już piąty z kolei Zlot Fanów Orlando Magic. Drugi raz w ciągu tych 5 lat Magiczna Ekipa zjechała się do Łodzi, a tym razem było to spowodowane faktem, że główny organizator 3 miesiące wcześniej został ojcem, dlatego zaplanował wszystko jak najbliżej domu. Nie wszystkie osoby, które chciały pojawić się na zlocie, miały taką możliwość, dlatego tym razem grupa była dość kameralna, choć działo się wiele. I tak w dniach 10-13 lipca 2014 roku do centrum Łodzi zawitali Ademek, Hania (aka Najmłodsza Fanka Orlando Magic na świecie), Jingles, Kate, Magic42 (aka Żuku), Magic-Łódź (aka Woynar), Mcrock (aka Gooral), Michael, Skrzatos i Zając. Trójka z nich (Hania, Kate i Woynar) nie nocowała z resztą, lecz dojeżdżała spędzać czas z ekipą za dnia.

Czytaj więcej...
Pierwszy w Łodzi zameldował się Ademek, którego Jin z dziewczynami odebrali ze skrzyżowania ulic Struga i Kościuszki między godziną 10 i 11. Ich pierwszym celem było mieszkanie rodziców Jina, gdzie niebawem miał przybyć również Skrzatos i gdzie cała brygada miała wstąpić na kawę i poczekać do umówionej godziny odbioru kluczy od mieszkania będącego Magiczną bazą wypadową. Skrzatos nie kazał na siebie długo czekać i po kilkunastu minutach oraz kilkudziesięciu kroplach deszczu pojawił się podwieziony przez Noxiusa. Po kawce u rodziców Jina, chłopaki pojechali zameldować się na kwaterze, a Kate i Hania zostały uciąć sobie drzemkę. Po drodze do wynajętego mieszkania chłopaki zajechali jeszcze na Łódź Kaliską po kolejnego zlotowicza, którym był Magic42. Choć panowie wcześniej nie widzieli się na żywo, poznali się bez problemu, każdy miał bowiem na sobie jakąś garderobę z emblematem ich ukochanego klubu.

Cała czwórka udała się na ulicę Andrzeja Struga, gdzie przy skrzyżowaniu z ulicą Żeromskiego znajdowało się mieszkanie, w którym jeden wielki pokój na najbliższe dni miał stać się Magiczny. Tam czekał już właściciel, Pan Robert, który okazał się bardzo sympatycznym gościem (a małżonkę miał jeszcze sympatyczniejszą, o czym więcej w dalszej części), który przekazał Jinowi klucze, wszystko wyjaśnił i się pożegnał. Kilka minut później na miejsce dotarł też Magic-Łódź z plecakiem pełnym kart NBA, w ogromnej większości kart Orlando Magic rzecz jasna. W międzyczasie chłopaki usłyszeli za oknem kilka huków, okazało się, że dosłownie pod oknami mieszkania, w którym się znajdowali, miał miejsce poważnie wyglądający wypadek, akcja trwała kilka godzin, ale jak później można było dowiedzieć się z internetu - na szczęście nikomu nic się nie stało.

Pierwsze chwile w mieszkaniu upłynęły na zachwycaniu się kolekcją kart Woynara (który taki właśnie pseudonim uzyskał dosłownie chwilę wcześniej, a bodźcem do tego był wpis medy11 na shoutboxie OrlandoMagic.pl, w którym proponował w żartach, by wrzucającemu co chwila info z NBA użytkownikowi zmienić nick na "Czytnik RSS"; od jakiego nazwiska pochodzi nick "Woynar" chyba nie trzeba wyjaśniać :)). Kolekcja faktycznie robiła wrażenie, szczególnie że znajdowały się w niej karty, których na świecie występuje tylko kilkanaście czy kilkadziesiąt sztuk. Było też mnóstwo kart z kawałkami koszulek, czy piłek meczowych, a cała operacja oglądania zajęła dobre 2 godziny. W międzyczasie Żuku opowiedział, tym razem live, jak wielkie emocje przeżył podczas meczu z Knicks w Amway Center, na którym miał przyjemność być w minionym sezonie. Energia na jego twarzy gdy to opowiadał i łzy szczęścia w oczach udzieliły się wszystkim, po czym Jin stwierdził, że jak Hania podrośnie na tyle, że będzie pamiętać wszystkie przeżywane wydarzenia - oni też lecą do Orlando, inni mu wtórowali.

Gdy Kate zadzwoniła, że drzemka Hani dobiegła końca, Jin wsiadł w samochód i pojechał po dziewczyny. Hania została powitana w mieszkaniu z entuzjazmem, a kilkanaście minut później dostała nawet prezent ze Szklarskiej Poręby od Goorala, którego Jin ze Skrzatosem kolejnym kursem przywieźli z Łodzi Kaliskiej. Tymczasem na wszystkich czekała już zamówiona wcześniej pizza, zatem brygada zasiadła do pałaszowania. Po uzupełnieniu energii wzrosła ochota na grę w kosza, Jingles nie mógł niestety udać się z resztą załogi na boisko, bo musiał odwieźć Kate i Hanię do domu, dlatego udzielił reszcie wytycznych odnośnie dotarcia na boisko i sam udał się z dziewczynami do Pabianic. Reszta, choć z drobnymi problemami, dotarła w końcu na Orlik przy klubie Tęcza, gdzie czekało na nich eleganckie, tartanowe boisko do kosza.

Skrzatos, Ademek, Wojnar, Żuku i Gooral rozegrali kilka spotkań 2 na 2, a piąta osoba, która aktualnie nie brała udziału w grze wcielała się w rolę operatora i kręciła filmiki. Wszyscy byli chyba nieco przejedzeni i zardzewiali, bo poziom odbiegał od ich prawdziwych możliwości. Trochę grania, sporo śmiechu i tak zleciały zlotowiczom nieco ponad 2 godziny. Prawdziwym „chuliganem” okazał się Woynar, który namówił wszystkich, by nie kupowali biletów tramwajowych, bo nie ma kontroli, a sam posiadając taki postanowił go nie kasować, by wykorzystać owy bilet w innym czasie.

Powrót Jina z Pabianic i reszty zlotowiczów z boiska zbiegł się mniej więcej w czasie, a czwartkowy skład Magicznej Ekipy został uzupełniony na koniec o Michaela, którego z dworca Jin odebrał wracając z domu. Po przywitaniu ostatniego tego dnia zlotowicza nastał czas na zakupy prowiantu na wieczór. Każdy nabył co chciał, a głównym motywem zakupowym był złocisty napój zwany "zupą chmielową". Na wieczór zaplanowane było też rozpoczęcie turnieju w NBA 2k14, każdy wylosował swoją drużynę i po pewnych przebojach i trudnościach z instalacją pada, w końcu można było zacząć zacięte mecze. Dalsza część pierwszego wieczoru to kontynuacja rozmów o Orlando Magic, offseason, ruchach Roba Hennigana, kontynuacja bojów w "tukejkę", piwkowanie i ogólnie świetna atmosfera, zakończona tradycyjnym już wspólnym myciem zębów w środku nocy, poprzedzonym dokończeniem nalewki od babci Goorala.

Przed południem drugiego dnia chłopaki mieli zaplanowaną... przeprowadzkę. Wieczorem dnia poprzedniego zadzwonił do Jina pan Robert z ogromną prośbą o przeniesienie do innego mieszkania, dwie przecznice dalej, które będą mieli całe do własnej dyspozycji. Dla zlotowiczów nie było to żadnym problem, a dzięki temu właściciele mogli lepiej rozlokować kolejnych klientów. Pan Robert pomógł przewieźć część rzeczy, a w nowym mieszkaniu czekała również żona właściciela - pani Monika, która w ramach rekompensaty za całe zamieszanie (które dla zlotowiczów naprawdę nie było zbyt kłopotliwe) sprezentowała im dwa czteropaki Żywca :D A nie mówiłem, że porządna firma! Zaraz po przeniesieniu do nowej miejscówki, która faktycznie była dużo bardziej komfortowa i wygodna, zlotowicze udali się tramwajem na Orlik. Wcześniej dołączył do nich oczywiście Woynar, który tego dnia miał okazać się również boiskowym foto-reporterem.

Tym razem na Orliku zaczęło się od pojedynku 3 na 3, składy wybierali Skrzatos i Jin. Poziom gry pozostawiał trochę do życzenia, dlatego po zakończeniu tego spotkania odbył się turniej 1 na 1. Zawodnicy byli podzieleni na dwie grupy, z których wychodziło po dwóch zawodników, w finale spotkali się Skrzatos z Ademkiem, wygrał Skrzatos (w głównej mierze dzięki ‘’brudnej grze’’ ;)) , który energię bierze prawdopodobnie z jakiegoś kosmicznego źródła ;-) Mecze w turnieju były bardzo zacięte, a zawodnicy dawali z siebie wszystko o czym niech świadczy podkręcona kostka Goorala, który turnieju nie mógł dokończyć. Po prawie 3 godzinach spędzonych na boisku wszyscy porządnie zgłodnieli dlatego kolektywnie została podjęta decyzja o powrocie do mieszkania i wycieczce na miasto na obiado-kolację. Jin stwierdził, że wie gdzie dają najlepszy kebab z baraniny w mieście i to on był wieczornym przewodnikiem stada.

Zanim jednak zlotowicze wyszli na kolację, w oczekiwaniu aż wszyscy odświeżą się po baskecie, Skrzatos wyczytał i ogłosił wiadomość, która każdego kibica NBA nurtowała od dłuższego czasu - LeBron wraca do Cavs! Na pierwszym zlocie ówczesna ekipa dowiedziała się, że James opuszcza Cavs na rzecz Heat, tym razem ta historia zatoczyła koło. Przez następne kilka godzin ta wiadomość była głównym tematem dyskusji, większość chwaliła decyzję Jamesa, a w ich zachowaniu dało się wyczuć lekkie zafascynowanie sytuacją, najmniej zadowolony był z kolei Jin, który stwierdził, że od tego momentu staje się haterem nowych/starych Cavs. Gdy już wszyscy wzięli prysznic, cała brygada wyszła na znajdującą się nieopodal ulicę Piotrkowską, gdzie pierwszym celem była budka prowadzona przez tureckiego mistrza kebabów z baraniny.

Gdy już wszyscy posilili się wielkimi i pysznymi kebabami (Ademek się wyłamał i upolował kanapkę w SubWayu), grono stwierdziło, że na dobre trawienie trzeba żarełko czymś popić. Kolejnym przystankiem poleconym przez Jina był pub Eclipse Inn, gdzie serwowane są różne, różniste piwa z wielu zakątków świata, głównie z Anglii. Każdy zamówił po kuflu zacnego trunku i został wzniesiony toast za Orlando Magic, a hasłem przewodnim po odejściu LeBrona z Miami stało się "Floryda znowu jest nasza" (chłopaki byli wtedy przekonani, że Bosh też odejdzie z Heat ;-)). Po skończeniu biesiady w Eclipse nastąpił powrót na kwaterę, która ponownie zamieniła się w arenę zmagań w NBA2k14. Nie brakowało też kontynuacji rozmów o NBA i Orlando Magic, choć tego wieczora ogłoszenie decyzji Jamesa przebijało się jednak przez wszystkie tematy. Dodatkowo zlotowicze obejrzeli mecz Orlando Magic vs Chicago Bulls z dawnych lat.

Kolejnego dnia grono zlotowiczów powiększyło się o kolejną osobę jaką był Zając. Czerwona Skoda wyjechała po niego rano na dworzec, a Jin ze Skrzatosem z daleka dostrzegli charakterystyczną dla niego koszulkę z napisem "PROSTO" gdy ten czekał na nich na dworcu. By grono zlotowiczów było kompletne, zaraz po przywiezieniu Zająca na kwaterę Jin udał się po swoje dziewczyny do Pabianic. Cała brygada spotkała się potem na boisku gdzie miał odbyć się niesamowity mecz (nareszcie był pełny skład do gry 4 na 4, na całym boisku rzecz jasna). Składy były następujące: [Gooral, Michael, Skrzatos, Żuku] vs. [Ademek, Jingles, Woynar, Zając] - tych pierwszych nazwijmy drużyną Gości, a drugich ze względu na obecność Łodziaka w składzie - drużyną Gospodarzy. Kwarta była rozgrywana do 30 pkt, a co za tym idzie - cały mecz wygrywała drużyna, która jako pierwsza osiągnęła 120 oczek.

Początkowo Goście osiągnęli sporą przewagę, która z minuty na minutę rosła i w pewnym momencie oscylowała w okolicach 30 pkt. Dzięki dobrej obronie i szybkim kontrom Gości taki stan utrzymywał się aż do końca drugiej kwarty i nic nie zapowiadało, by w tym meczu miały jeszcze wystąpić jakieś emocje. A tu niespodzianka, po zmianie stron w Gospodarzy jakby weszła nowa energia, rzucili się do ataku, do którego sygnał dał Jin, który wyraźnie nabrał energii. Przewaga Gości szybko topniała, by po pewnym czasie zejść poniżej granicy 10 pkt. Gospodarze kilka razy próbowali zbliżyć się jeszcze bardziej, jednak zabrakło już sił i tego ostatecznego uderzenia. Zwyciężyli Goście 120-113 (z dokładnością do pamięci narratora ;-)). MVP spotkania został przez resztę graczy okrzyknięty Jin, jednak on sam miał bardzo wiele zastrzeżeń do swej gry, choć raczej niesłusznie. To on rozpoczął wielki comeback gospodarzy trafiając raz po raz. Celna trójka, szybkie punkty w kontrze, 2+1, normalnie robił co chciał. Przed decydującą odsłoną po naradzie gości, którzy wrócili do twardej obrony, a w ataku większość akcji przechodziła przez pomalowane rywali udało im się dowieźć zwycięstwo do końca. Kto wie jakim wynikiem skończyłby się ten mecz, gdyby nie tak wysoka przewaga przyjezdnych w pierwszych minutach meczu. Ogólnie spotkanie stało na dobrym poziomie, a skrzydeł każdemu z graczy dodał komentarz starszej pani, która z zapartym tchem oglądała to widowisko: „Wzrostu to może Panowie nie macie, ale serce do gry jest.” ;-)

Gdy gra dobiegła końca Magiczni pokrzątali się jeszcze trochę po boisku, po czym wrócili na kwaterę, a planem na wieczór było obejrzenie meczu o 3. miejsce Mistrzostw Świata w piłce nożnej pomiędzy Holandią i Brazylią. Ponieważ telewizor w wynajętym mieszkaniu nie był zbyt okazały, ekipa postanowiła wybrać się na mecz na miasto. Do wieczora pozostawało jednak jeszcze trochę czasu, Jin po raz kolejny odłączył się chwilowo od grupy i pojechał z Kate i Hanią do Pabianic, a reszta kontynuowała zmagania w NBA2k. Wieczorem do grupy dołączyli jeszcze siostra i szwagier naczelnego - Monika i Graczu. Razem ze wszystkimi wybrali się oni najpierw na znanego nam już kebaba z baraniny, a następnie na mecz. Po kilkunastu minutach poszukiwania wolnego miejsca z telewizorem, Jin i Graczu zaprowadzili cały skład do kolejnego fajnego pubu - tym razem był to przybytek imieniem „Ferajna”. Tam wszyscy rozsiedli się przy jednym długim stole i po zakupieniu złotego trunku oglądali jak Holandia pokonuje Brazylię 3:0, kończąc ich marzenia o uratowaniu honoru na własnym terenie.

Zaraz po zakończeniu meczu wszyscy wrócili na kwaterę by tam biesiadować dalej. Jin, z niekrytym wstydem i niesmakiem, musiał na dalszą część wieczoru zadowolić się dwoma radlerami, gdyż z samego rana następnego dnia miał robić za kierowcę odwożącego poszczególnych zlotowiczów na dworzec. Atmosfera ostatniego wieczoru była jednak bardzo dobra i wesoła, Monika i Graczu posiedzieli jeszcze z godzinkę i uciekli, ale byli bardzo pozytywnie zaskoczeni świetną, zlotową atmosferą. Cała ekipa świetnie się bawiła, zrobiono kilka grupowych zdjęć (w tym na śpiącym już głównym driverze :D), rozstrzygnięto także turniej w "tukejkę", który wygrał ostatecznie, drugi rok z rzędu, skrzatos (eh te treningi w Niemczech ;-)). I tak dobiegł końca ostatni wieczór, a w zasadzie noc na tym zlocie, wszyscy zmęczeni poszli spać, a wstawanie dnia następnego nie należało do łatwych...

Szczególnie przekonał się o tym Michael, którego trzeba było z łóżka wręcz ściągać. Ale nic dziwnego, skoro jego autobus odjeżdżał już o godzinie 9. Tym samym pierwszy zlotowicz pożegnał się z resztą Magicznej ekipy i udał się do domu. Po odwiezieniu Michaela na dworzec Jin po raz kolejny udał się do Pabianic po Kate i Hanię, by te również mogły pożegnać resztę zlotowiczów. Kolejne osoby zostały odwiezione na dworzec w dalszej kolejności, po uprzednim posprzątaniu w mieszkaniu, które wyglądało tak samo jak zlotowicze je zastali - to się nazywa porządna grupa :-) Zanim Magiczni Kibice opuścili kwaterę rozlosowano jeszcze karty, które były prezentem od Woynara, każdy dostał po kilka sztuk. Czerwona Skoda zrobiła jeszcze dwa kursy na Łódź Kaliską, a mniej więcej koło południa, jako ostatni do pociągu wsiadł Zając i tym samym Zlot 2014 dobiegł końca.

To było kolejne świetne i naprawdę udane spotkanie kibiców Magic z całej Polski i nie tylko, bo przecież Skrzatos po raz kolejny przybył aż z Niemiec. Świetna atmosfera jaka towarzyszy zlotom jest ciężka do opisania, to trzeba przeżyć. Kto jeszcze nie miał okazji, niech to zmieni jak najszybciej. Bo ci, którzy poznali już smak zlotu, czekają na każdy następny z niecierpliwością przez cały rok.

Pozdrowienia od Narratora :) GO MAGIC!!!

▲ Ukryj ▲
VI Zlot Fanów Orlando Magic
Miejsce: Wrocław | Termin: 16-19 lipca 2015 r. | Autor relacji: jingles & skrzatos | Zdjęcia ze zlotu
Rankiem, w niedzielę 19 lipca 2015 roku we wrocławskim hostelu Europa panowało poruszenie, a Magiczni Kibice zbierali się do powrotu do domów. Jeden z nich był już nawet w trasie (wyruszył o 6 rano), bo miał do przejechania całą Polskę, a jeszcze tego samego dnia miał zagrać w meczu piłki nożnej - ten twardziel to Zając. Był to ostatni poranek VI Zlotu Fanów Orlando Magic. Wszyscy byli niedospani i choć za chwilę mieli się pożegnać i wrócić do domów - nie było czuć smutku czy zawodu, po pierwsze dlatego, że kilka ostatnich dni spędzonych było w świetnej atmosferze, po drugie dlatego, że zgodnie z najnowszymi ustaleniami - wszyscy mieli się spotkać już zimą by wspólnie obejrzeć weekendowe spotkanie Orlando Magic.

Czytaj więcej...
Zlot zaczął się 3 dni wcześniej, w czwartek 16 lipca. Skrzatos standardowo zawitał u Jinglesa i Kate już dzień wcześniej i jak to zwykle bywa podczas ich spotkań - byli świadkami niecodziennego wydarzenia. Dosłownie kilkanaście minut po tym jak Skrzatos zajechał do Pabianic, pod samymi oknami mieszkania Jina i Kate miała miejsce akcja pościgu policyjnego za młodym mężczyzną. Akcja zakończyła się powodzeniem, nie wiadomo co przeskrobał uciekający jegomość, ale wyciągając wnioski z zachowania policjantów przeszukujących okoliczne trawniki i krzaki - chodziło zapewne o jakieś niedozwolone substancje. Następnego dnia rano, po zapakowaniu Skody, do której ledwo zmieściły się wszystkie rzeczy (wyjazdy z dzieckiem nawet na kilka dni powodują konieczność zabrania niewytłumaczalnych ilości bagaży), Jin, Kate, Hania i Skrzatos ruszyli na Wrocław.

Kilkanaście minut po południu ekipa była na miejscu, gdzie zwiedziwszy już pobliskie boisko czekali na nich Biały, Gooral i Zając. Hostel, delikatnie mówiąc, warunkami nie powalał. Mówiąc wprost - był pod tym względem najgorszy z dotychczasowych miejsc, w jakich mieli okazję nocować zlotowicze. Hostel znajdował się na 3. piętrze kamienicy, na poddaszu, okienka w pokojach były małe więc było strasznie gorąco, łazienka na najwyższym piętrze była malutka i dość obskurna, na szczęście piętro niżej była jeszcze jedna - z dwoma prysznicami, dwoma toaletami i czterema umywalkami. Ogólnie rzecz ujmując szału nie było, ale nie to było dla wszystkich najważniejsze, chociaż Jin i Kate martwili się jak wykąpią w tych warunkach Hanię. Wybrnęli dość niecodziennie, o czym więcej za chwilę.

Po rozlokowaniu się w pokojach wszyscy zrobili się głodni, ale by wyjść na miasto na obiad, musieli jeszcze poczekać na Woynara i Ademka z Olą. Na szczęście wszyscy pojawili się w ciągu kilkudziesięciu minut i po ciepłym powitaniu, zapoznaniu się z Olą (bo Jej jeszcze zlotowicze nie znali), cała ekipa poszła w miasto, obrano kierunek Stary Rynek. Pierwszy postój miał miejsce przy stoisku z wypełnionymi helem balonami, Hania wybrała sobie balonik w kształcie Hello Kitty, którego tułów był biedronką - taki mutancik ;-) Jin nie miał wyjścia i musiał kupić córce balonik, który wywoływał u wszystkich pozytywne emocje, przede wszystkim u Hani rzecz jasna. Jako miejsce obiadu większość wybrała pizzerię, a Ademek, Ola i Woynar zdecydowali się na Sphinxa. Obiad przebiegał w wesołej atmosferze, choć usilnie próbowali ją zakłócić Romowie grający na różnego rodzaju instrumentach, którzy oczekując wynagrodzenia za swą „sztukę” o mało nie wchodzili jedzącym do talerzy. Na dworze było gorąco więc nie zabrakło po kufelku zimnego piwka wypitego jednak z rozwagą, bo wieczorem był plan by iść zapoznać się z boiskiem i pograć w kosza.

Wracając z obiadu Jin i Kate poszukiwali rozwiązania wspomnianego problemu z kąpaniem Hani. Udali się zatem do sklepu "Wszystko po 4 PLN" chcąc zakupić jakąś plastikową miskę. Misek nie było, ale znalazło się wiaderko, nie było zbyt wielkie, ale zaryzykowali. Okazało się to ostatecznie dobrym wyborem, choć kąpanie półtora-rocznego dziecka w wiaderku wyglądało dość komicznie ;-) Po powrocie do hostelu zapadła decyzja by iść na basket, chociaż Hania miała na ten temat inne zdanie i postanowiła iść spać :-) Została z Nią Kate, a reszta ekipy udała się na tartanowe boisko. Tu należy wspomnieć, że bliskość boiska była chyba największą zaletą hostelu Europa, znajdowało się ono dosłownie 5 minut drogi wolnym spacerkiem przez pobliski park od noclegowni zlotowiczów. Co prawda brama prowadząca na boisko była zamykana, bo należało ono do szkoły, ale spokojnie można było przeskoczyć przez płot, na co przyzwolenie Magiczna Ekipa dostała od samego portiera.

Kilka rzutów, szybka rozgrzewka i można było rozpocząć grę 3 na 3. Było między godziną 16 a 17, dlatego pierwsza godzina gry nie była czymś łatwym i przyjemnym, bo słońce waliło prosto na boisko. Po kilkudziesięciu minutach intensywnej gry ze wszystkich lał się pot, dlatego też Jin z Zającem postanowili wybrać się do pobliskiej Żabki po kilka butelek wody, w międzyczasie zabierając ze sobą z piaskownicy Kate i wyspaną już Hanię. Wracając z zakupami usłyszeli zza pleców okrzyk "Czołem żołnierze!" - to był Kimi, który z torbą na ramieniu dziarsko maszerował z dworca. Po przywitaniu wszyscy razem ruszyli z powrotem na boisko. Tam zlotowicze spędzili jeszcze chwilę czasu, po czym wszyscy wrócili na kwaterę, jak na pierwszy dzień i srogie słońce - grania było już dość, teraz należało uzupełnić węglowodany ;-) W międzyczasie wszyscy po kolei zaczęli się kąpać, a ponieważ łączna ilość pryszniców wynosiła 3, a poza zlotowiczami w hostelu byli jeszcze inni goście - trochę to trwało. Po kąpieli część osób wybrała się do sklepu zakupić coś na kolację i wspomniane wyżej węglowodany w postaci "zupy chmielowej".

Uzupełnianie węglowodanów odbywało się wieczorem, w telewizji leciał sobie w tle mecz Polaków w siatkę, a zlotowicze rozmawiali o Orlando Magic, NBA i wielu pokrewnych tematach, racząc się różnymi trunkami (Gooral na przykład wykwintnymi - rumem i czeskimi piwkami). Gromadnie zostało postanowione, że turniej w NBA2k14 zainicjowany będzie dopiero następnego dnia, gdy do ekipy dołączy ostatni ze zlotowiczów - Żuku. Wesołe biesiadowanie trwało w najlepsze, chociaż nie przeciągnęło się do połowy nocy jak to bywało na wcześniejszych zlotach. Jin i Kate jako odpowiedzialni rodzice udali się wcześniej niż pozostali spać do pokoju, w którym w łóżeczku turystycznym od jakiegoś czasu spała już Hania, reszta posiedziała jeszcze trochę, po czym również udała się do łóżek by wypocząć przed kolejnym dniem, który zapowiadał się intensywnie. Uprzedzając pytania - tak, było grupowe mycie zębów :D

Kolejny dzień rozpoczął się na dobre w okolicach godziny 10, gdy do Hostelu Europa dotarł Żuku. Zlotowicze byli już w komplecie, dlatego mogli rozpocząć turniej w "tukejkę". Dziewczyny nie chciały grać, chłopaki zaś postanowili, że wybiorą sobie zawodników do swoich ekip tak jak dzieje się to w lidze fantasy. Ustalono, że wybory będą dokonywane wg draftu typu "snake" (czyli od wyboru nr 1 do 9, następnie od 9 do 1, później znów od 1 do 9 itd.). Skrzatos rozpisał na karteczkach numery od 1 do 9, pierwszy losował Jin, który stwierdził, że w takich losowaniach ma zawsze pecha i na pewno wylosuje nr 8 albo 9. Wszyscy wylosowali kartki, Jin otwiera swoją i prawie spadł z krzesła z wrażenia - wylosował nr 1. Los się odmienił ;-) Wybory pozostałych graczy muszą na razie pozostać tajemnicą, bo zgubił się zeszyt, w którym te informacje były zapisane, a pamięć narratora nie jest już taka jak dawniej ;-)

Większa część piątku była wypełniona grą w NBA2k, było wiele pozytywnych emocji, zaciętych spotkań, różnych taktyk. Na wypad na miasto było za gorąco, dlatego gdy już wszyscy zgłodnieli - Jin zadzwonił do restauracji wybranej przez Kate i zaaprobowanej przez wszystkich i co warte uwagi - nie był to wcale fast food typu pizza, tylko w miarę zdrowe i całkiem smaczne żarło. Po obiedzie odbyło się jeszcze kilka spotkań przy komputerze, a gdy zrobiło się nieco chłodniej - nadszedł czas na przeniesienie się z boiska wirtualnego na to prawdziwe. Tym razem zawodników było więcej i można było pokusić się o rozegranie meczu na całym boisku, tym bardziej że do zlotowiczów dołączył dodatkowy gracz "wypożyczony" spośród grających na Orliku w piłkę nożną tubylców. Co prawda zawodnik ten był dość specyficzny, widać było że coś tam z basketem miał wspólnego, jednak kilka piw, które wypił przed grą, zdecydowanie mu w niej nie pomagało ;-) W ataku nawet dawał radę, gorzej było w obronie, bo Krzychu (tak miał jegomość na imię) nie mógł sobie zakodować, że każdy kryje swojego gracza, jego za wszelką cenę ciągnęło wszędzie tam gdzie znajdowała się piłka. Mimo to gra była bardzo przyjemna, a zlotowiczom udało się rozegrać pełne spotkanie do 120 pkt (każda kwarta po 30 pkt jednej z drużyn). Mniejsza o to kto z kim był i kto wygrał - najważniejsza była świetna zabawa (a tak naprawdę to znów daje o sobie znać pamięć narratora ;-)).

Po powrocie na kwaterę nadszedł czas na kąpanie, kolację oraz oczywiście uzupełnienie węglowodanów. Na ten jeden wieczór do ekipy dołączyła jeszcze dwójka znajomych Jina i Kate - kumpel o słodkim pseudonimie "Burak" oraz jego dziewczyna - Hania (nie, nie ta sama, która spała w tym czasie w pokoju obok w łóżeczku turystycznym ;-)). Burak i Hania poznali genezę zlotów, posłuchali o pasji jaką dzielą zlotowicze, sami poopowiadali trochę o sobie - niestety ich zainteresowania były dalekie od Orlando Magic czy nawet NBA. Mimo to było wesoło i chmielnie, a tym co połączyło zlotowiczów i przybyłych gości okazał się kolejny już mecz polskich siatkarzy. Niedługo po zakończeniu spotkania goście się pożegnali i opuścili szeregi Magicznych Kibiców, którzy kontynuowali biesiadę i turniejowe spotkania. A gdy zrobił się już środek nocy, wszyscy grzecznie poszli spać, oczywiście poprzedzając to grupowym myciem zębów (A wiecie, że jak się posmaruje czoło pastą do zębów, to po chwili skóra zaczyna piec? :D - przyp. Skrzatos).

Sobota uraczyła zlotowiczów upałem podobnym do poprzednich dni, dlatego tylko ci najwytrwalsi wybrali się rano na spacer w celu znalezienia czegoś pożywnego na śniadanie. Jak co roku kilka osób stołowało się śniadaniowo w McDonald’s dzięki czemu na kwaterze pojawiło się parę szklanek Coca-Coli, które docelowo wylądowały w Pabianicach, bo spodobały się Kate. Kontynuowano również mecze w 2k, bo tego dnia trzeba było rozstrzygnąć cały turniej. Najlepsi okazali się Zając i Gooral, którzy stoczyli ze sobą bój finałowy, zwyciężył Zając. Sobota była też ostatnim dniem na zrobienie wspólnego, grupowego zdjęcia. Niestety nie udało się tego uczynić od rana kiedy to jeszcze w ekipie była Ola, musiała ona jednak wyjechać dzień wcześniej niż wszyscy gdyż wzywały ją obowiązki służbowe. Sama fotka została wykonana na boisku dopiero wieczorem, chłopaki poszli pograć w kosza nieco wcześniej, a gdy Kate i Hania do nich dołączyły, aparat został ustawiony na zmajstrowanym na szybko pseudo-statywie i Magiczna ekipa została prawie w całości uwieczniona na fotografii.

Wieczór po powrocie z boiska był bardzo bogaty w śmiech i dobrą zabawę. Biały przodował w różnych opowieściach odnośnie swoich jak i swoich znajomych przeżyć, które spowodowały, że kilka osób płakała ze śmiechu (poważnie, to nie jest przenośnia :D). Każdy dorzucał też jakieś swoje opowieści, które wywoływały dalsze salwy śmiechu, nie zabrakło oczywiście odsłuchu "Czosnka", a atmosfera, jak to zwykle bywa w ostatni wieczór, była po prostu świetna, wręcz imprezowa. Okazało się, że tego wieczora ekipa siedziała najdłużej, a najwytrwalsi spać poszli w zasadzie nad ranem. Gooral poczęstował towarzystwo swoimi trunkami i niektórzy rano mieli naprawdę solidnego kaca. Jin i Kate standardowo udali się na spoczynek wcześniej, uprzednio żegnając się z Zającem, który jak już było wspomniane na początku - w drogę powrotną do domu musiał wyruszyć o 6 rano. Wygłupów i humoru tego dnia nie było końca o czym dodatkowo niech świadczy fakt, że w pewnym momencie na brzuchu Żuka pojawiły się... brwi Anthony'ego Davisa narysowane długopisem.

Niedzielny poranek przebiegał jakby w zwolnionym tempie, to efekt dnia poprzedniego, a także wczesnej godziny, o której wszyscy wstali. Do 10 bowiem trzeba było się wymeldować z hostelowych pokojów. Jako ostatni miejsce zlotu opuścili Jin, Kate, Hania i Woynar, którzy około godziny 11 odjechali w kierunku Łodzi. Mimo, że hostel nie zachwycał, mimo że upały dawały w kość, mimo że nie udało się pozwiedzać Wrocławia (choć były takie plany) kolejny już Zlot Fanów Orlando Magic był jak najbardziej udany. To już taka wakacyjna tradycja, zlotowicze urlopy i wyjazdy planują właśnie pod zlot, to mówi samo za siebie jaka panuje tam atmosfera. Magiczna, po prostu Magiczna!!!

▲ Ukryj ▲
VII Zlot Fanów Orlando Magic
Miejsce: Łódź | Termin: 15-17 lipca 2016 r. | Autor relacji: jingles & skrzatos & Szalan13 | Zdjęcia ze zlotu
Jeszcze w kwietniu 2016 roku nie było wiadomo czy VII Zlot Fanów Orlando Magic się odbędzie... Wszystko dlatego, że główny organizator po raz drugi został ojcem i czasu na załatwienie formalności miał naprawdę niewiele. Podjął jednak próbę i opłacało się, bo spotkanie kibiców drużyny z O-Town ponownie okazało się świetnym, niezapomnianym wydarzeniem.

Czytaj więcej...
Zlot, już po raz trzeci w historii, odbył się w Łodzi, rodzinnym mieście Jinglesa, dla którego była to jedyna opcja organizacji spotkania. Nikomu to jednak nie przeszkadzało, bo dwa poprzednie zloty w centrum Polski były bardzo udane, podobnie jak ten trzeci. Tym razem na zlocie pojawiło się aż trzech debiutantów: Boroszewiak, Szalan oraz Tomek, który jest użytkownikiem naszej strony, ale nie jest zarejestrowany, bo jak sam stwierdził - lubi czytać i czyta dużo, ale do pisania go specjalnie nie ciągnie. Poza wspomnianą trójką w łódzkim "Hoteliku na Zdrowiu" (tak nazywał się nocleg, w ramach wyjaśnienia - "Zdrowie" to nazwa jednego z najbardziej rozpoznawalnych i największych parków w Łodzi) w dniach 15-17 lipca 2016 mieszkali jeszcze Jingles, Skrzatos, Woynar i Zając. Gościnnie bywali tam zaś Basia (młodsza córka Jina), Hania (starsza córka Jina), Kate, a w sobotę w odwiedziny wpadli Allen oraz Biały.

Całe wydarzenie rozpoczęło się w piątek o godzinie 14, czyli dokładnie wtedy gdy w Hoteliku rozpoczynała się doba hotelowa. Jako pierwsi na miejscu zjawili się Szalan z Woynarem, pierwszy z nich już o 6 rano zawitał w Łodzi, a Woynar jako stary Łodziak zaopiekował się nim, nakarmił, zorganizował trening rzutowy na zewnętrznym boisku i pokazał kawałek miasta. Chwilę po 14 na miejsce dotarł Jin z rodziną oraz Skrzatosem, który dzień wcześniej przybył do Pabianic by zaaklimatyzować się w województwie łódzkim i uraczyć się z Jinem pabianickim piwem. Na resztę zlotowiczów trzeba było chwilę poczekać, dlatego ci obecni już na miejscu zdążyli się zameldować i rozgościć w dwóch zarezerwowanych pokojach. A pokoje okazały się rozwiązane w świetny sposób, bo były połączone małym korytarzykiem, do którego prowadziły osobne drzwi, cała ekipa była dzięki temu w odrębnej, "swojej" części ośrodka.

Kolejnym przybyszem był Tomek, który przyjechał swoją niebieską (a jakże) furą i przywiózł niesamowitą kolekcją koszulek Orlando i różnorakich butów do basketu. Tu należy nadmienić, że Tomasz jest reprezentantem Polski w trójboju siłowym, to był dla zlotowiczów zaszczyt gościć go w swoim skromnym gronie ;-) Niedługo po przyjeździe Tomka Jin z rodziną musiał na pewien czas opuścić zlotową ekipę, bo zbliżała się godzina kąpania i kładzenia spać Basi, dlatego też nie pojechał on z resztą po kolejnych zlotowiczów na dworzec, lecz udał się z rodziną spełnić ojcowskie obowiązki. Boro i Zając mieli jednak godne powitanie, bo odebrała ich cała reszta Magicznych Kibiców.

Na dworcu kolejowym ekipa Magicznych Fanów podzieliła się na dwie grupy. Jedna z nich w składzie Tomek, Szalan, Boro wyruszyła w kierunku Centrum Handlowego Manufaktura nieco wcześniej, niż grupa Skrzatosa, Woynara i Zająca. Jak się potem okazało jazda w konwoju byłaby znacznie lepszym rozwiązaniem, gdyż dwa Magiczne Wozy zaparkowały na zupełnie innych parkingach i obie grupy szukały się dobre 15 minut. Punktem zbiorczym był sklep MediaExpert, gdzie Skrzatos zakupił pada, zagadując przy tym do pani sprzedawczyni o imieniu Ania. Niestety nie dołączyła ona do zlotowiczów ;-) Następnym celem Magicznej Ekipy była gastronomiczna część galerii. Wówczas na stoliku znalazły się kuchnie całego świata - od kebabów, poprzez amerykańskie fast foody, po orientalne, zdrowe i pożywne danie spożywane, a jakże - przez Tomka. Posileni Magicy wyruszyli na zakupy do Auchan, które znajdowało się piętro niżej. Tam każdy z fanów zakupił to co uważał za niezbędne, czyli procenty i zagrychę :D Po zakupach i odszukaniu wozów cała grupa udała się do hotelu.

Skoro już weszliśmy w temat konsoli - tym razem na zlocie panował istny luksus, konsolę przywiózł bowiem zarówno Skrzatos jak i Tomek. Co więcej - pokoje były wyposażone we w miarę nowoczesne i duże telewizory, dlatego nie dość, że gra w NBA 2k16 odbywała się równolegle na dwóch maszynach, to jeszcze w bardzo fajnej jakości.

Jin wracając do zlotowiczów już bez żony i córek, zahaczył o Pasaż Łódzki (inna galeria handlowa) i zakupił do wspólnego biesiadowania składkową "kratę" bardzo dobrego piwa jakim jest Namysłów, a także przekąski w postaci paluszków, orzeszków itp. Po powrocie wszystkich na kwaterę, jako że noclegowych zlotowiczów był już komplet, rozpoczęto turniej w NBA 2k. Jako formułę gry tym razem wybrano "retro style", każdy wybrał sobie drużynę z przeszłości i rozpoczęto rywalizację. Gra szła całkiem szybko, głównie dlatego, że były dwa stanowiska i nie było przestojów. Standardowo jednym z najgorszych (no dobra, nie oszukujmy się - po prostu najgorszym :D) graczy w 2k okazał się Jin, który z powodu braku czasu wcale nie trenuje i obsługa pada nie jest jego mocną stroną. Miało to jednak swój plus w postaci akcji turnieju, która wywołała wśród zlotowiczów falę aplauzów. Była to akcja z początku meczu, po zbiórce pod własnym koszem Jin pomylił przyciski i zamiast podać - rzucił, a piłka wpadła do kosza po tym jak przeleciała całe boisko. I to był najbarwniejszy fragment jego gry, który wywołał emocje większe niż w ostatnich 4 latach w Amway Center ;-)

Biesiada pierwszego dnia była spokojna, jedni pili sobie piwko, inni whisky, a jeszcze inni nalewkę mamy Zająca, która cudownie grzała przełyk. Tomek jako zawodowy sportowiec odpuścił %, za to sprawił zlotowiczom niespodziankę w postaci LightBoxów - czyli posiłków przygotowanych ze ściśle określoną ilością kalorii. Tomek jest przedstawicielem firmy LightBox i przywiózł kilka promocyjnych zestawów, które zlotowicze stopniowo konsumowali. Chociaż część stwierdziła, że takie jedzenie jest dla nich za zdrowe i oni wolą pizzę ;-) Jednym z punktów pierwszego dnia był również przegląd jerseyów Tomka, jego kolekcja jest naprawdę niesamowita. Składa się na nią ze 20 koszulek, od swingmanów po authentic'i. Zlotowicze byli w szoku i kolekcja zrobiła na nich ogromne wrażenie, sam właściciel koszulek sprawiał jednak wrażenie, jakby posiadanie takiego zbioru było czymś zupełnie normalnym.

Faza grupowa turnieju NBA 2k została prawie zakończona już pierwszego wieczoru i na kolejny dzień zostały tylko ostatnie spotkania pierwszej fazy, playoffy i ostateczne rozstrzygnięcie. Biesiada pierwszej nocy trwała do godziny 3 z hakiem i choć zlotowicze zachowywali się naprawdę cicho jak na ich możliwości, nie obyło się bez wizyty pani, która nie mogła spać z powodu rozmów... Okazało się, że jedna ze ścian była na tyle cienka, a pani na tyle wyspana, że nie mogła zasnąć, ale chłopaki - jako że młodzi i kulturalni, postanowili iść pani na rękę i przenieśli się do jednego pokoju, tego z którym pani nie dzieliła ściany. Chociaż nie obyło się bez tłumaczenia Jina na portierni, pan portier był jednak na tyle kumaty, że trzymał stronę zlotowiczów, wymieniając z Jinem spostrzeżenia na temat pani, która była typem „wszystko mi nie pasuje”. Więcej skarg nie było :-) Chwilę po 3 wszyscy rozeszli się do łóżek z bojowym nastawieniem na grę w koszykówkę dnia następnego na boisku, które kilka dni wcześniej znalazł niezastąpiony Woynar.

W sobotę skoro świt (czyli jakoś między godziną 10 a 11 :D) z trasy zadzwonił Biały z informacją, że zbliżają się z Allenem do Łodzi i niebawem zaszczycą zlotowiczów swoją obecnością. Chwilę później na kwaterę wrócił Tomek, który (jak się okazało) wstał dużo wcześniej od reszty i wybrał się na przejażdżkę na miasto. Tomek wrócił i z przykrością stwierdził, że nie było go prawie 2 godziny, a nikt ze śpiochów do niego nie zadzwonił z pytaniem gdzie on jest ;-) No ale przez sen dzwoni się dosyć ciężko, stąd ta niezręczna sytuacja ;-) Gdy wszyscy wstali, w ruch poszły LightBoxy, głównie te, które na opakowaniu miały napis "śniadanie". Gdy wszyscy zjedli to akurat nadjechali goście z Warszawy wehikułem powożonym przez Allena. Jako, że pogoda na basket była w sam raz, po szybkim przywitaniu rozpoczęły się przygotowania do wymarszu na boisko, zaś Jin ponownie opuścił na pewien czas ekipę i udał się do żony i córek, a na boisko miał dołączyć później.

Magiczni fani wybierali się na boisko jak sójki za morze. Dosłownie. No ale nic dziwnego, każdy chciał zaprezentować się jak najlepiej nie tylko jeśli chodzi o grę, ale i wizualnie. W ruch poszły najlepsze koszulki i buty, przez cały rok trzymane pod kołdrą na tę specjalną okazję. W końcu udało się wszystkim wyszykować i grupa fanów wyruszyła w stronę boiska. Przewodnikiem w wyprawie na boisko był Woynar, który znalazł fajne miejsce do grania na betonie, zaraz za łódzkim, już niestety nie działającym i opuszczonym, Lunaparkiem. Biały określił go słowem "creepy" i jest to idealny zwrot opisujący stan tego obiektu. Boisko na szczęście było w zdecydowanie lepszej kondycji od Lunaparku, dlatego gra zapowiadała się całkiem fajnie.

Po szybkim treningu rzutowym i małej rozgrzewce (obfitującej w airballe :D), nadszedł czas na grę. Składy wyglądały następująco: Tomek, Allen, Woynar, Boroszewiak vs Skrzatos, Szalan, Biały, Zając. Zanim na boisko dotarł Jin, wszyscy dali sobie ostro popalić. Niestety jak to bywa w spotkaniach na najwyższym poziomie, nie obyło się bez kontuzji. Z 9 osób do gry, aż 3 graczy nie było w stanie dokończyć gry - Allen skręcił kostkę (którą od 3 tygodni leczył specjalnie na zlot...), Woynar wybił palca, a Tomek miał problemy ze skurczami w łydkach. Ta trójka wcześniej niż reszta musiała udać się z powrotem na kwaterę, a pozostali (już po przybyciu Jina) pograli jeszcze jakiś czas 3 na 3 na całym, choć mniejszym niż standardowe, boisku. Po zakończeniu spotkania, jak to bywa w przypadku prawdziwych sportowców, należało uzupełnić wypocone węglowodany. Skrzatos wyjął z plecaka kilka "napojów izotonicznych" marki Namysłów, które mimo że były nieco ciepłe - smakowały wybornie. MVP całej gry został okrzyknięty Allen.

Gdy wszystkie sole mineralne zostały już uzupełnione, nastąpił powrót na kwaterę i seria pryszniców. W międzyczasie non stop na tapecie była "tukejka", bo trzeba było rozegrać playoffy. Ponieważ po grze wszyscy zgłodnieli, nastąpiło również zbiorowe zamawianie pizzy na obiad (Skrzatos pierwszy raz w życiu sam zjadł cały placek :D), chociaż Jin bez zawahania wybrał zamiast niej pyszny i zdrowy obiadek z LightBoxa. Zaraz po jego zjedzeniu opuścił on ponownie na jakiś czas zlotowiczów i udał się po swoje dziewczyny, które również chciały spędzić trochę czasu z ekipą. Choć jak się później okazało - nie wszystkie...

Po jakimś czasie ponownie zjawił się Jingles z Kate i Basią, ale bez Hani. Ta, jako że miała już ponad 2 lata, postanowiła dokonać pierwszego całkowicie świadomego wyboru w swoim życiu i zdecydowała, że woli zostać u cioci i wujka (siostra i szwagier Jina) niż jechać na wizytę do Magicznych Fanów. Dlatego też nie ma Jej na grupowym zdjęciu. Skoro już jesteśmy przy zdjęciu - nie mogło go oczywiście zabraknąć. Każdy ubrał się w Magiczne Barwy, Jin zrobił stojak z dwóch 8-paków "napoju izotonicznego" i zostało wykonane kilka zdjęć, na których pierwszoplanową postacią jest stylowa retro-kołdra, pod którą spał Tomek, bo akurat na jego łóżku stał "statyw" z 8-paków :D Również butelki po piwie stojące na szafie robią klimat, ale dla zlotowiczów nie miało to znaczenia, ważne że na fotce byli wszyscy w swoich ukochanych barwach!

Dalsza część wieczoru była równie udana jak cały zlot, dużo śmiechu, opowieści i niezmiennie, non stop, nieśmiertelna "tukejka". Basia w pewnym momencie postanowiła uciąć sobie drzemkę na łóżku Skrzatosa, a sam Skrzatos z ogromnym rozbawieniem wspomina jak Kate instruowała go, posługując się pojęciem szerokości geograficznych, jak ma ułożyć kocyk i poduszkę by Basi było wygodnie. Gdy najmłodsza zlotowiczka się obudziła, Jin odwiózł żonę i córkę do swojej siostry, gdzie dziewczyny nocowały, a po powrocie wspólnie z Zającem raczył się rozgrzewającą naleweczką roboty mamy Zająca. Inni sączyli to na co mieli ochotę, w ruch poszły również LightBoxy w wersji "kolacja", a atmosfera była fantastyczna. Gdy Jin odwoził Kasię i Basię ekipę zlotową opuścił już Biały, który następnego dnia musiał iść do pracy, Tomek odwiózł go na pociąg. Allen posiedział i pograł jeszcze trochę, a gdy zrobił się już późny wieczór również udał się do domu swoją furą, choć prowadzenie ze skręconą kostką było zapewne wątpliwą przyjemnością...

W międzyczasie rozegrany został finał "tukejki", w którym wystąpili Skrzatos i Boro. Mecz był niezwykle zacięty, o zwycięstwie decydowała dogrywka, a Mistrzem VII Zlotu Fanów został rookie - gratulacje Boro!!!

Ostatni wieczór zlotu upłynął dość szybko, ale zarazem bardzo pozytywnie. Kolejnego poranka czekało na zlotowiczów sprzątanie, pakowanie i powrót do domów. Choć doba hotelowa trwała do godziny 10, udało się dogadać, by chłopaki mogli opuścić kwaterę dopiero o 12, dlatego mieli więcej czasu na wybudzenie ze snu i ogarnięcie się. Pierwszy w podróż powrotną wybrał się Tomek, ale jak już wiadomo to "ranny ptaszek" więc nikogo nie powinno to dziwić ;-) Trzymajcie kciuki za występy Tomka na zawodach, to zaszczyt mieć w szeregach Magicznych Kibiców reprezentanta Polski!!! Jako następni w podróż udali się Boro i Zając, jechali jednym pociągiem, na który odwiózł ich Skrzatos. Szalan autobus miał dopiero o godzinie 22, dlatego jeszcze cały dzień spędził z Woynarem ponownie zwiedzając nieco Łodzi. Skrzatos i Jin pożegnali chłopaków już wcześniej i udali się w swoje strony, a VII Zlot Fanów Orlando Magic trafił na karty historii.

Ciężko się pisze ostatnie akapity tych podsumowań, bo za każdym razem nasuwa się to samo - że było super, świetnie, że była niezapomniana atmosfera i że naprawdę warto! No ale cóż, jest to prawda. Szczególnie budujące jest to, że na kolejnych zlotach wciąż pojawiają się debiutanci, a tym razem było ich aż trzech! Brakowało kilku wielkich nieobecnych i pozostaje mieć nadzieję, że już za rok będą mogli ponownie pojawić się na zlocie. A kto wie, czy w pewnym momencie do tradycji nie zostanie włączony jeszcze zlot zimowy celem wspólnego oglądania spotkań Magic, bo takie pomysły z roku na rok coraz częściej się pojawiają! BE MAGIC!

▲ Ukryj ▲